Hiszpański Mikołaj
Redaktor: Katarzyna Maksymczak   

Bez kredytu, bez zabezpieczeń i żyrantów Hiszpanie przywieźli do Nowej Soli specjalistyczne maszyny. Zamontowali i uruchomili produkcję. Wcześniej, w swoim słonecznym kraju wyszkolili pracowników nowopowstałej spółki MELACO. Był rok 1993.

Na początku lipca linia już była w Nowej Soli. Po czternastu dniach spółka sprzedała pierwsze wyroby. Dyrektor Piotrowski przyznaje, że tempo było zwariowane. Normalnie wdrożenie nowych technologii trwa dłużej. Ale wtedy tak musiało być. Firma właśnie powstawała. Czas podwójnie odmierzał złotówki.

Można powiedzieć: właściciele Melaco mieli sporo szczęścia. Spotkali na swojej drodze... Mikołaja. Piotrowski potwierdza: - Czasami dzięki zaufaniu partnera można zrealizować biznes. Gdybyśmy mieli liczyć na kredyt z banku, to już na początku musielibyśmy przekreślić nasze przedsięwzięcie.

Dyrektor nic nie mówi o latach rzetelnej pracy swojego teścia Zbigniewa Haczkowskiego, prezesa spółki. O jego fachowości, odpowiedzialności, punktualności. Nie ma takiej potrzeby. Wiadomo – nikt zaufania nie rozdaje w prezencie. Trzeba na nie długo pracować.

Teraz nowosolska spółka finansuje inwestycje i zakupy w różny sposób: kredytem, leasingiem oraz kapitałem własnym. Bez niego firmie byłoby ciężko na rynku. Wiceprezes chwali się, że w 1999 roku postawili 2,5 tys. m kw. hal i wyposażyli w specjalistyczne maszyny.

Rozmawiamy o konkurencji. I tej polskiej, zza miedzy, i tej europejskiej. Coraz ciaśniej. Dariusz Piotrowski wylicza trudności rodzimych firm: drogi kredyt (w porównaniu z europejskim), drogi leasing, mały kapitał własny. Poza tym nasze ceny energii i paliw dogoniły ceny zza Odry, koszty pracy również rosną. Atrakcyjność polskiego rynku, że niby u nas tańsza produkcja, pokryła się kurzem. A wciąż trzeba inwestować w rozwój, żeby produkować efektywniej i taniej.

Krok przed rynkiem

Prezes Zbigniew Haczkowski ma dobre wyczucie rynku. To on poprowadził spółkę we właściwym kierunku. Wierzył, że wschodząca technologia postformingu zrewolucjonizuje polskie meblarstwo. I tak się stało. Był w Polsce jednym z pierwszych, który zastosował pokrycie płyt wiórowych laminatem HPL w technologii postforming. Wyprzedził rynek o jeden krok.

Dziś w Melaco królują trzy świeżutkie linie. Dariusz Piotrowski sięga po katalog i wyjaśnia skomplikowane terminy. Wskazuje na eleganckie meble pokojowe i mówi, że wykonane są z MDF oklejonych folią PCV. Przyznaje: - Laik nie odróżni mebli z litego drewna od płyt MDF. Na zdjęciach widać też blaty i meble kuchenne.

Właściciele Melaco doskonale wiedzą, że maszyny stojące w ich halach nie na zawsze zaspokoją wymagania coraz trudniejszego rynku. A klient jest wybredny. Wciąż szuka „nowej zabawki”. Dlatego oprócz wprowadzania nowych wyrobów, spółka poszukuje nowych technologii.

- Penetrujemy rynek, jeździmy na targi, obserwujemy, co robią firmy zagraniczne - mówi Dariusz Piotrowski. Interesują nas technologie wschodzące. Tylko one mogą zapewnić rozwój spółki.

Na sukces Melaco składa się wiele elementów. Jednym z ważniejszych jest sposób zarządzania firmą. Nie ma tu miejsca na rozmyte obszary odpowiedzialności, zarówno zarządu, jak i poszczególnych pracowników. Każdy wie, co do niego należy.

- Jesteśmy firmą młodą, ale jednocześnie dojrzałą – opowiada Piotrowski. Zakładając spółkę, startowaliśmy od zera. Dzięki temu nie mieliśmy bagażu starych spraw, obciążeń. Od początku budowaliśmy firmę w oparciu o nowe technologie, nowe sposoby zarządzania i organizacji pracy.

Dyrektor, opowiadając o Melaco, używa fachowych określeń. Posługuje się terminologią systemu zarządzania jakością. Jest przy tym komunikatywny i otwarty. Mówi: - Naszą misją jest dostarczanie elementów do mebli i parapetów okiennych o najwyższym stopniu przetworzenia i w najszerszej ofercie, jaką klient kupi.

Nie boi się powiedzieć ile wydali na wdrażanie systemu ISO 9001:2000. - Koszty pośrednie trudno wyliczyć. Prace przy wprowadzaniu systemu włączyliśmy do swoich obowiązków, jako dodatkowe czynności. Bezpośrednie wydatki – szkolenie, konsultacje, audyty wyniosły 30 tys. zł. dla firmy wdrażającej i 20 tys. zł dla certyfikującej. Prezes dodaje, że podpisali umowę z Polską Agencją Rozwoju Przedsiębiorczości. Dostaną zwrot 60% bezpośrednich kosztów.

W Melaco system ISO nie trafił do szuflady. Nie dla „papieru” spółka zdobyła certyfikat. Prezesom nie zależało na powieszeniu dyplomu na ścianie. Widzą, że stosowanie ISO na co dzień daje rezultaty. Piortowski wyznaje: - Firma, która posiada certyfikat, lepiej się porusza na rynku. Ich spółka nie należy do przedsiębiorstw traktujących ISO tylko jako podkładkę w rozmowach z klientem. Widzą, jak trudny rynek wypluwa dziś firmy, które poszły na skróty.

Bez manny z nieba

Ze słów Piotrowskiego wynika, że zarządzający spółką wciąż poszukują nowych nisz. Mimo iż odnieśli sukces. W 2001 roku zwiększyli o 20% eksport i nie spoczęli na laurach.

Wciąż torują sobie drogę coraz wyższą jakością. Nie stawiają na ilość. Poszukują klienta, który dyktuje wysokie wymagania jakościowe. - Jesteśmy przygotowani na najwyższe wymagania - deklaruje wiceprezes.

Szefowie Melaco znają pułapki, jakie dla małych i średnich firm szykuje rynek. Duże koncerny chętnie współpracują z „maluchami”. Otaczają ich coraz gęstszą pajęczyną wymagań. – Trzeba być bardzo ostrożnym – ostrzega Piotrowski. Wielcy dają stałe zlecenia i usypiają czujność małych firm, aby uzależnić od zleceń koncernu. Potem może dojść do przejęcia firmy lub upadku, gdy wyciśnięty jak cytryna kooperant nie może dać z siebie więcej. Takie prawa rządzą rynkiem. Trzeba unikać ich skutków poprzez ciągłą dywersyfikację źródeł zamówień.

Piotrowski ponownie podkreśla konieczność poszukiwania nowych rynków. Twierdzi, że kryzys rynku polskiego nie oznacza, że na rynkach zagranicznych jest podobnie. Skoro dziś spółka eksportuje do Finlandii, Rosji, Białorusi, Ukrainy, Niemiec, Czech i Węgier, to jutro może wysyłać swoje produkty choćby do Chorwacji i nowej Jugosławii.

W zarządzaniu spółką Melaco, o paradoksie, przeszkadza najbardziej jedno – „pomoc”, jaką proponuje rząd. – Nie jesteśmy ukierunkowani na czerpanie korzyści z państwowych dotacji czy subwencji – twierdzi dyrektor. Nawet przy werbowaniu kadry musimy przestrzegać naszego biznesplanu, a ten nie zakłada manny spadającej z nieba. Przyznam, że kiedyś chcieliśmy skorzystać z refundacji przy zatrudnianiu absolwentów. Ale aparatura biurokratyczna nie nadążyła za tempem naszej pracy. Nie mogliśmy sobie pozwolić na długie negocjacje z urzędem. W firmach – czas to pieniądz, a w urzędach wolą święty spokój.

Katarzyna Maksymczak
PULS nr 44, styczeń 2002

{moscomment}