Czy inteligencja jest inteligentna?
Redaktor: Sławomir Gowin   

Gdyby serio traktować pogląd, że „powodzenie jest ogólną miarą inteligencji” to o powodzeniu naszej inteligencji należałoby taktownie milczeć.

Mało kto wspomina dziś książkę Józefa Chałasińskiego wydaną pod monumentalnym tytułem "Przeszłość i przyszłość inteligencji polskiej" i w nakładzie 10 255 egzemplarzy, a więc znacząco nieśmiałym jak na owe czasy (1958 r.). Mimo to książka miała swój, że się tak ryzykownie wyrażę, etos. Chałasiński cieszył się uznaniem wielu prominentnych inteligentów, którzy następnie na mnie i moje otoczenie wywierali nie lada wpływ, bowiem w latach 60. rozmaite trupy intelektualne PRL dokonały uroczystego podniesienia dzieła na uniwersyteckie ołtarze i weszło ono tym sposobem do kanonu lektur inteligentów i intelektualistów in spe.

W latach osiemdziesiątych studenci, w tym i ja, zapisywali się w uniwersyteckich czytelniach w kolejce do coraz bardziej sponiewieranych egzemplarzy. Aż nagle, w roku 2001, wiedziony sentymentem, nabyłem własny egzemplarz! W jednym z zielonogórskich antykwariatów zapłaciłem 30 groszy, a dałbym doprawdy wiele, gdyby dane mi było poznać lubuskie losy tej szarej książeczki i jej właściciela, nad którym zlitował się współczesny "kupiec książczany" płacąc miedziaka za ten nikomu nic nie mówiący tytuł.

Tytuł, choć nieco muzealny, otwiera przecie współczesną perspektywę już przez tę "przyszłość", którą zdaje się prorokować. Z pobieżnych rachunków wychodzi więc, że powinienem być w posiadaniu najprostszych choćby narzędzi by tę "przyszłość" dojrzeć, ocenić czy zweryfikować. W końcu z perspektywy lat 50. przyszłość to również dziś. Rzuciwszy się łakomie na spis treści trafiłem na kąsek doprawdy mięsny bo oto rozdział ostatni nosi tytuł... "Polska leży w Europie". Liczni u nas jak zwykle kabaliści społeczni i polityczni mlasnęliby z zachwytu, widząc w tym bon mocie jakże Polski i wizjonerski mistycyzm dziejów. Mlasnąłem i ja...

Cóż, smutek mej klęski oddam w dramaturgii cytatu: "tym, którzy uczestniczą w przeobrażeniach współczesnego świata, trudno jest ocenić znaczenie obecnej chwili historycznej. Coś się skończyło i coś się nowego zaczyna. Nie wiadomo jednak dokładnie, ani co się skończyło, ani też co się nowego zaczyna."

To pierwsze słowa ostatniego rozdziału i aż prosi się, by skwitować, że w tych trzech zdaniach zawiera się przeszłość i przyszłość polskiej inteligencji. Z jednej strony owszem, budzi to pewne zawstydzenie i rozgoryczenie - wszakże uznać można, że inteligencja tkwi wciąż w tych samych tarapatach. Zwłaszcza, że świeżo mamy w pamięci nie kończące się dywagacje różnych mądrali "ile Polski jest w Europie" z niepodważalnym wynikiem, że "tyle Polski w Europie ile cukru w cukrze".

Z innej strony patrząc możemy uznać, że poczucie anachronizmu jakie towarzyszy dziś lekturze ważnej i doniosłej skądinąd książki Chałasińskiego to objaw jak najbardziej zdrowy. Może bowiem dowodzić, że inteligencja jako tzw. formacja społeczna zajmuje właściwie miejsce - w muzeum idei. To bodaj jedyny punkt widzenia, który pozwala myśleć o niej dziś bez skrępowania. Krępować może po pierwsze jej niemodne już pochodzenie filozoficzne, zwłaszcza w zachodniej Europie, gdzie nigdy się jej obecność w społecznej hierarchii nie przyjęła. Ktoś kto dziś poważnie domagałby się wyodrębnienia takiego kuriozum w społeczeństwie zachodnim mógłby uchodzić co najwyżej za hobbystę-heglistę lub, co gorsza, marksistę. Inny krępujący aspekt to fakt, że jakiś uparciuch mógłby dowodzić, iż trzymanie się inteligenckich przekonań stoi w sprzeczności z wszechmocną ostatnio "poprawnością". Sięgnąwszy do źródeł doczytalibyśmy się definicji, wedle której inteligencja to grono oświeconych tj. środowisko, któremu przypisuje się wyższą zdolność rozumienia świata - w przeciwieństwie do ciemnego ludu. Prawda, że nie brzmi to nowocześnie? Nade wszystko jednak jest to pogląd nierealistyczny i wysoce niepraktyczny. Żeby był prawdziwy musi zostać spełniony podstawowy - musi ten wariant przyjąć lud. Szanse zaś by współczesny lud serio traktował inteligencję dawno sięgnęły bruku.

I to bynajmniej nie dlatego, że lud ciemnieje. Ba, można dostrzec inną zależność: lud ciemnieje wówczas, gdy inteligencja nie mądrzeje. Ów słowiański patent społeczny wciąż stroi te same miny i powtarza mity o sobie niczym pacierze. Inteligencja polska mówi o sobie bardzo chętnie - co jednak nie oznacza, że potrafi o sobie powiedzieć coś mądrego czy prawdziwego, i to bez względu na to czy mówi sama do siebie czy też zwraca się "poza getto". Wobec tego lud polski wierzy, że "etos inteligencki" to dzieje indolencji, nieprzystosowania, przegranych idei i co najwyżej tromtadrackich marszy w stronę rozpływającego się celu.

Jeśli poczytać lub posłuchać inteligentów - gdyby udało się taką grupę wyseparować - okażą się wyjątkowo głupi, sprzedajni, nierozumni, nie potrafiący występować we własnym interesie i niepewni sensu swojego istnienia. Zazwyczaj stoją wobec rzeczywistości z głupawo rozdziawioną gębą i dopiero "po szkodzie" szarpią na sobie odzież w przeróżnych "rozrachunkach inteligenckich". Kto o tym wszystkim przez lata opowiadał "ciemnemu ludowi" - oni sami! I tak oto lud przestał uznawać ich wartość w swoich prostych rachunkach na przyszłość.

Umieszczenie prawdziwej inteligencji w muzeum idei wydaje się więc rozwiązaniem godnym, humanitarnym i nie cierpiącym zwłoki. Nieliczną już prawdziwą inteligencję ciągnie też na dno jej peerelowska imitacja, mianowicie "inteligencja pracująca", występująca w PRL pod kuriozalnym synonimem "umysłowi". W myśl tej gogolowskiej reguły do inteligencji zaliczał się byle referent lub inny "registrator kolegialny".

Ten lumpeninteligencki etos w tzw. wolnej Polsce żyje nam i rozkwita w najlepsze krzepiąc rozmaite miernoty, które bez żadnego już skrępowania aspirują do rządu dusz. Opiera się ów rząd nie tyle na sile inteligencji co na tyranii pseudointelektualistów, którzy, co stwierdzam ze wstrętem, koszmarnie uosabiają gomułkowskie definicje głoszone w popularnym ongiś "Słowniku Wiedzy Obywatelskiej" (PWN 1970): "intelektualizm w krańcowych przypadkach doprowadza do ograniczenia zdolności podejmowania decyzji wykonawczych i sprowadza się często do teoretyzowania".

Ufni w tę konstatację "czynownicy" wzięli sobie do serca dalszą część tego wywodu, która podpowiada, iż "wyżej niż intelektualizm ocenia się postawę ludzi czynu, którzy nie lekceważąc wartości poznania, działają szybko i skutecznie, zgodnie z ustalonymi założeniami". I jak rozumieją - tak czynią.

Dzięki Bogu poza tym zaklętym kręgiem "inteligencji" pozostaje wciąż jakaś liczba osób inteligentych, którym przyszłość, miejmy nadzieję, nie szykuje już kolejnego getta.

Sławomir Gowin

{moscomment}