Rękopis nieodnaleziony
Redaktor: Artur Łukasiewicz   

Jestem znikąd – odpowiadał twórca pop artu Andy Warhol, zagadywany o swój rodowód i tożsamość. Ten efektowny cytat powtarzany był w latach 90 wielokrotnie (ostatnio w interesującym tomie szkiców „Zatruta studnia. Rzecz o władzy i wolności” Edwina Bendyka. Powtarzany nie tylko z powodów anegdotycznych, po tym jak w słowackim miasteczku Medzilaborce stanęło muzeum Warhola i ruszył festiwal sztuki artysty w Ameryce otoczonego wręcz kultem.

Warhol medzilaborców w życiu na oczy nie widział (stąd też „jestem znikąd”). Jego rodzice wyemigrowali za ocean z pobliskiego miasteczka Mikova. Cały sprawca zamieszania Michal Bycko odkrył u Warhola korzenie rusińskie. Odkrył także, że to poprzez geny mistrz pop artu sięga w swojej sztuce do przedstawień z ikon. Fantastyczne, egzotyczne, prawda. Warhol i cerkiew!!?? A może inaczej. Co zaszło w Europie Środkowej, skąd pochodzę, pochodzimy, że takie opowieści powodują nie okrzyk zdziwienia, tylko mrowienia po plecach. To samo musiał przeżywać Krzysztof Czyżewski, który stworzył ośrodek „Pogranicze” w Sejnach.

Czyżewski pisze w Kompleksie Atlantydy: - Istnieje głęboki sens w tym, aby zgłębić fakt zagłady starej cywilizacji jako całości. Świadomość końca świata, który dokonał się niemalże na naszych oczach – bądź też przed naszymi narodzinami - którego poświatę jeszcze ciągle można dostrzec, to początek naszej drogi ku naszej środkowoeuropejskiej tożsamości. I nie bójmy się miana nowych barbarzyńców. W dużej mierze odpowiada ono prawdzie, niezależnie od tego, czy ci, którzy żyli przed nami, mówili tym samym, czy też zupełnie innym językiem. Wraz z barbarzyńcami przychodzi nie tylko zniszczenie, lecz także potencjał nowego życia”.

Opinię Czyżewskiego dedykuję Piotrowi Maksymczakowi, który w ostatnim numerze „PULSU” wbił ponownie szpadel w kopczyk z tożsamością lubuską. Zdarza się to chyba po raz pierwszy od momentu powołania województwa lubuskiego. Tamte wypowiadane przez polityków i naukowców banały miały znaczenie doraźne. Nikt nawet tego specjalnie nie ukrywał. Opakowanie z tożsamością jako potrzeba chwili służyło, pominąwszy fakty, historię, do wyrobienia legitymacji z godłem „lubuski region”.

Po odtrąbieniu zwycięstwa, temat stał się czwartoplanowy, albo i jeszcze mniej ważny. Czuje się nieco sprowokowany tekstem Maksymczaka „Lubuska Róża Wiatrów” i trochę zaniepokojony myślą o tożsamości lubuskiej, która u autora powoduje udrękę. Moim zdaniem niepotrzebnie autor ustawia się w swoim tekście na pozycji angielskiego dżentelmena uganiającego się za lisem. Owego dżentelmena złośliwy Oskar Wilde skwitował, iż stwarza wrażenie „czegoś nieokreślonego w pogoni za czymś niejadalnym”.

Tożsamość jako kategoria wynikająca z pojmowania historii, egzystencji, narodowości, określania duszy człowieka przypomina bardzo kunsztowną kompozycję szkatułkową w powieści. Jej cudownym przykładem jest „Rękopis znaleziony w Saragossie” Potockiego. Jeden drobiazg – jeden pamiętnik z ruin – odtwarza misterną całość. Drobna powiastka wywołuje następną, wątki nieraz odległe snują następne, epizody działają jak kostki w dominie.

Sądzę, że podobnie działa mechanizm z tożsamością. Pojedynczy człowiek, ten mieszkający w Zielonej Górze musi znaleźć w kominie zakurzony pamiętnik. Ten otwiera perspektywy. Tak jak w powieści szkatułkowej wątek rodzi wątek, tak w rekonstrukcji tożsamości jedna perspektywa otwiera kolejną. Ta pierwsza jest jednak zawsze historyczna. Układa potem sumę biografii pojedynczych we wspólnotę. Otwierają się perspektywy egzystencjalne, kulturalne, estetyczne i także polityczne.

W warunkach lubuskich nic tu z pewnością nie osiągniemy. Przemawia do mnie z całą konsekwencją refleksja o „ontologicznej próżni” białoruskiego badacza i filozofa Ihara Bubkaua. Próżnię zafundowało nam pół wieku komunizmu. Świat zachodni ze swoim rozwojem, swobodami, pielęgnowaniem regionalizmu uciekł nam na odległości świetlne. Stąd poczucie gorszości u mieszkańców Środkowej Europy, owo poczucie „bycia znikąd”.

Warto w tym momencie zaznaczyć, iż sama tożsamość wiąże się w wymiarem etycznym i to jeżeli chodzi o tożsamość zbiorową i tożsamość jednostki. Z jednej strony wpadamy w splot okoliczności historycznych, ale w pewnym momencie podejmujemy własny wybór. Brak tego kontekstu w lubuskiej publicystyce, pracach historycznych czyni je „czymś niejadalnym”, zwłaszcza po 1989 roku.

Doszło do zuchwałego (zjawisko to dostrzega doskonale niemiecki lewicowy filozof Habermas) odproblematyzowania przeszłości, maskowania jej, nie podejmowania próby odrzucenia fatalnej tradycji (wydawane przez Muzeum Ziemi Lubuskiej „Studia Zielonogórskie” są tego wzorcowym przykładem). Można oczywiście przyjąć, że to zmowa naukowców rozumiejących wygodnie i na swój sposób „przezwyciężanie historii”, wybór dyskrecji wobec przeszłości, niż poruszanie jej bolesnych strun. Zostawmy ich. Niech wymyślają sobie określenia typu „Śląsk lubuski” na jakiś kiepski użytek. Przecież wiadomo, że Zielona Góra leży historycznie na Dolnym Śląsku.

Bardziej istotna jest dla mnie rekonstrukcja biografii z wymiarem etycznym. Próbuję odnaleźć tytuły książek przedstawiających dzieje repatriantów kresowych, przesiedlonych przymusowo Łemków, wypędzonych Niemców (tu wielki szacunek dla prac Bernadetty Nitschke), ludzi co przyjechali tu z nakazem pracy w kieszeni. Szukam próżno. Odnajduję książki jałowe, pozorne. Grafomania typu Eugeniusz Paukszta i podobna szmira.

Od lat ośrodek „Karta” organizuje piękny konkurs na opisanie swojej małej historii. Uczniowie sami bądź namawiani przez nauczycieli odtwarzają przeszłość swoich rodziców, dziadków. Otóż Lubuskie jest jedynym województwem, z którego prawie nie ma oddźwięku. A przecież tyle się mówi o naszym regionalizmie, więziach, wspólnocie, o tożsamości w domu „nad Odrą i Wartą”. A tu nic, cisza. Bo nie ma takiej potrzeby, w sztucznie stworzonym Lubuszaninie nie może być takiej potrzeby, tym bardziej z administracyjnej mocy, bo tak nakazuje pragmatyzm polityka z każdego szczebla. Więc patrzę Piotrze w ten mrok i mówię nie wiem .... czy akurat taką tożsamością powinieneś się zadręczać.

Inną rzeczą jest regionalizm w pojęciach politycznych. Świetnie jest żyć w bogatym województwie, z porządną gospodarką, sprawną administracją, dobrze zarządzanym czyli nie przez jaczejki partyjne. Do tego jednak wcale nie trzeba roztrząsać spraw tożsamości i korzeni. Na prywatny własny użytek trzeba, co jest też drobną miarą swojej kondycji, pamiętać skąd się jest, i nie zapominać. Mieć pod ręką swój rękopis i patrzeć nam, ryzykując, że znajdziemy tam sprawy, z których nie sposób być dumnym.

Artur Łukasiewicz