Smocze zęby
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Waldemar Mystkowski wezwał pokolenie Lubuskiego Towarzystwa Kultury (określenie Eugeniusza Kurzawy z Gazety Lubuskiej) do publicznej oceny własnych dokonań. Według niego, bez takiej autooceny nie znajdziemy racjonalnej odpowiedzi na fundamentalne dziś pytanie – gdzie się podziały zielonogórskie elity?

Na apel Mytkowskiego odpowiedział nestor dziennikarstwa lubuskiego - Henryk Ankiewicz „Andabata” w postaci eseju „Wyłożyć rzecz jasno i prosto”. Cała wypowiedź ma kształt starannie obmyślonej prowokacji. Jej autor broni własnego życiorysu poprzez drwinę z dzisiejszych elit zielonogórskich. Główną osią tekstu uczynił zestawienie dwóch postaw: pozytywistycznej, reprezentowanej przez mu współczesnych oraz inkwizycyjnej, jakoby dominującej u „już łysawych, choć zdolnych dziennikarzy”.

Andabata kreuje pokoleniowy konflikt, choć tak naprawdę nikt w Zielonej Górze nie kruszy kopii o jego wizję przeszłości. Po co więc Ankiewiczowi ta mocno spóźniona awantura? Być może po to, aby nakłonić „łysawych i zdolnych” do poznania intelektualnego modelu służącego pokoleniu LTK za życiowy drogowskaz.

Esej „Wyłożyć rzecz...” przypomina tort z kilkoma warstwami. Jak bardzo gorzkie jest to ciasto dowodzą ostatnie słowa autora, który po zakończeniu kolejnej wojowniczej frazy nagle przyznaje: „Głupio się urodziłem i głupio umrę. Będę szczęśliwy, jak mi się to uda zrobić jasno i prosto”. Te dwa krótkie zdania zawierają sporą dawkę kokieterii. Ale tuż obok widzę bezradność człowieka, który nagle dostrzega, że nie potrafi obronić sensu swych życiowych wyborów.

Ankiewiczowi przyszło pracować w trudnych czasach. Zawodowy żywot zaczął i skończył w tej samej redakcji. Przez wiele długich lat wciąż trwał na posterunku mimo licznych zmian w oficjalnej linii gazety. Gdzieś tam polityczne wstrząsy miażdżyły ludzkie losy, a on cierpliwie pokonywał szczeble dziennikarskiej kariery.

Tajemnicę zawodowego trwania Andabaty być może tłumaczy symbioza dwóch jego lojalności: wobec władzy i wobec rozumu. Ja tak przynajmniej odczytuję pierwsze znaczenie tytułu „Wyłożyć rzecz jasno i prosto”. Ankiewicz, uznając niepodważalność powojennego kształtu świata, szukał zarazem azylu w świecie racjonalności. Świadczą o tym częste przywołania nauk profesorów: Tatarkiewicza i Kotarbińskiego, które mają zaświadczyć o niezbędności metody prakseologicznej w świecie ledwo co wyrosłym z wojennej pożogi.

Polityka i władza u Ankiewicza są właściwie tym samym – bytem mniej lub bardziej koniecznym, ale zawsze wobec niego osobnym. Na publicznym forum postępował wedle oficjalnie obowiązujących reguł. W zaciszu prywatności chętnie jednak przywdziewał togę tolerancyjnego patrycjusza. Pomiędzy obu tamtymi Ankiewiczami nie było sprzeczności. Jeden i drugi patrzył na świat z tą samą łagodną melancholią, bez większych złudzeń wobec świata ludzi. I gdyby nie Zielona Góra, chyba największa życiowa miłość Andabaty, nigdy by nie powstały „Listy z Palmiarni”.

Zwłaszcza, że ich autor do dziś ma w pamięci apokalipsę II wojny światowej. Co prawda nie sięga po efektowne opisy, ale już w początkowych partiach tekstu przypomina punkt startu pokolenia LTK – „Teraz jest w Polsce sto razy więcej profesorów niż zaraz po wojnie było magistrów”. Budowanie azylu dla zagrożonej normalności było wedle tej optyki sprawą znacznie ważniejszą od wadzenia się z życiem na romantyczną skalę. I tu chyba mamy kolejny wyznacznik postawy pokolenia Ankiewicza – spory i wielkie dramaty epoki to ciekawostki świata zewnętrznego. Wokół może się toczyć choćby wir piekielny, byle w Zielonej Górze było spokojnie.

Przynajmniej w tym sensie Ankiewicz zaprzecza tradycyjnej roli inteligenta, której istotą są uparte pytania – czy i dlaczego. Pokolenie Ankiewicza nie chciało stawiać zbyt daleko idących pytań, bo zamiast wątpliwych odpowiedzi wolało uzyskać twardy grunt pod stopami. To było tchórzostwo czy rozwaga? Zapewne u jednych tak, a u innych siak. W przypadku Henryka Ankiewicza mogło być wyborem człowieka, który wyrósł na trudnym pograniczu polsko-niemieckim i dzięki temu miał aż nadto dowodów na zwodniczą urodę pokus historii.

Czy dlatego pokolenie LTK nie miało zahamowań przy podejmowaniu współpracy z totalitarną władzą? Nie będę odkrywczy. Wystarczy zacytować celną uwagę Mystkowskiego z jego „Lizusów, nieudaczników i pieniędzy ”- „zbyt łatwa wydaje mi się odpowiedź, że [zielonogórskie] imprezy [kulturalne] powstawały na zamówienie polityczne”. To obie strony: i ówczesna władza, i ówczesne elity milcząco akceptowały niepisane reguły gry.

Elity zielonogórskie nie walczyły z władzą polityczną, a ta z elitami. Żyli obok siebie, czasami neutralnie i obojętnie, a czasami intensywnie współpracując. Problem tylko w tym, że po latach pamięć okropieństw wielkiej wojny zaczęła wygasać. Być może właśnie w tym momencie zielonogórskie elity „sprzedały duszę diabłu”, bo powojenny imperatyw moralny: zrobić rzecz jasno i prosto, zaczął nieuchronnie przybierać trywialną postać – byle dorobić się szybko i łatwo.

Autor „Listów z Palmiarni” był najbardziej znanym przedstawicielem ówczesnych elit zielonogórskich. Był osobą o powszechnie uznawanym autorytecie i mógł włączyć sygnały ostrzegawcze w swojej felietonistyce. Nie włączył jednak, choć w rozmowach prywatnych nie krył obaw. Publicznie wolał jednak milczeć, jakby wciąż bał się wybuchu nowego chaosu. Widać jego prakseologiczny kult stabilizacji zbyt mocno oparty był o sakralną wizję władzy, aby przemienić uważnego obserwatora w konsekwentnego krytyka systemu.

I być może tu kryje się odpowiedź na dramatyczne pytanie Mystkowskiego o przyczyny upadku zielonogórskich elit po zmianie ustroju państwa. Ich model zachowań wciąż zawierał dogmat o odrębności i niezależności władzy. Nie ważne jakiej. Po prostu władzy. To wokół tego dogmatu elity niczym powój wiły własne kariery, bo bez zgody władz nie można było zorganizować choćby malarskiego pleneru.

U progu lat 90. runęła konstrukcja intelektualnych motywacji członków pokolenia LTK. Na scenie zaczął rządzić tak nie lubiany przez nich chaos. Tym razem w postaci wolnych, choć sprzecznych sił rynku. Prakseologiczny moralizm pokolenia Ankiewicza nie był przygotowany na takie wyzwanie. Nie potrafił podjąć twórczego dialogu, bo nowa władza przestała nadawać się do tej roli z powodu utraty najważniejszego atrybutu, czyli monopolu władzy właśnie. Nie było również przed kim bronić własnego dorobku, bo u nikogo nie wzbudzał zainteresowania. I w tym momencie pokolenie LTK zawiodło najbardziej, bo nie zrobiło nic, aby zadbać o ciągłość wartości, które przez lata uważało za najważniejsze.

Efekt już znamy. Artur Łukasiewicz z Gazety Wyborczej na naszych łamach słusznie użył określenia „ontologicznej próżni” dla zdefiniowania spadku pozostawionego przez pokolenie LTK. Ta próżnia wciąż odbija się nam czkawką, choćby w postaci nienawistnego języka publicznej debaty. Następcy pokolenia Ankiewicza dostali smoczych zębów, a na „ontologicznym polu” wyrosła zawiść zamiast sensownej wizji przyszłości.

Nie wiem, czy Henrykowi Ankiewiczowi spodoba się moja analiza. Wiem tylko, że esej Andabaty zawiera ważne ostrzeżenie pod adresem mojego już pokolenia – za kilkanaście lat to my staniemy pod pręgierzem historii, i co wtedy powiemy? Bo nasi następcy nie będą chcieli słuchać zawiłych tłumaczeń o „ontologicznej próżni”; będą wymagać, abyśmy wyłożyli rzecz jasno i prosto.

Piotr Maksymczak

{moscomment}