Gmina jak stryczek
Redaktor: Krzysztof Chmielnik   

Zielona Góra powinna jak najszybciej wchłonąć okoliczne wioski. Zanim jednak rozwiniemy sztandary i zadmiemy w bojowe rogi, najpierw rozważmy - co nam da taka operacja?

Dyskusja o przyłączeniu wiejskiej gminy Zielona Góra do miasta ma dosyć typowy przebieg, bo zamiast merytorycznych argumentów dominują emocje. Jednocześnie po raz kolejny wychodzi na jaw, że władza nie ma wizji rozwoju ani dla gminy wiejskiej, ani dla Zielonej Góry. Czyżby dyskutanci nie rozumieli podstawowych procesów urbanistycznych i społecznych?

Pomysł, aby wiejska gmina pierścieniem otaczała miasto zaliczam do raczej dziwacznych. Wioski położone blisko Zielonej Góry połączono w jeden administracyjny organizm, choć nie łączy je ani podobieństwo, ani tradycja, ani granica wytyczona geograficznymi cechami. Nie łączy je nawet spójny układ komunikacyjny. Tak naprawdę nic je nie łączy poza przyzwyczajeniem i doraźnymi interesami gminnej biurokracji. Zielonogórska gmina wiejska to nic innego, jak administracyjna abstrakcja pozbawiona logicznego uzasadnienia.

Wystarczy rzut oka za mapę, aby stwierdzić, że zielonogórskie wsie są typowymi suburbiami, które poza nielicznymi wyjątkami nie mają nic wspólnego z klasyczną wsią. Takie miejscowości jak: Drzonków, Łężyca, Wilkanów, Zawada, Ochla czy Przylep od dawna ewoluują do statusu Raculi, Jędrzychowa i Chynowa, czyli byłych wsi pełniących dziś rolę dzielnic Zielonej Góry. Już wkrótce również miejscowości gminy wiejskiej w sposób naturalny przekształcą się w zielonogórskie osiedla domków jednorodzinnych lub podmiejskie miejsca prowadzenia usługowej działalności gospodarczej. Wszak od centrum Zielonej Góry dzieli je tylko godzina marszu. Czas dojazdu samochodem to nie więcej jak 15 minut. Takie wartości w ludzkiej skali oznaczają "blisko".

Naczynia połączone

Zielona Góra, jak każde miasto, rozrasta się w naturalny sposób. Decyduje o tym kilka procesów urbanizacyjnych i społecznych. Po pierwsze, ludzie mieszkający na wsi coraz bardziej chcą mieszkać w mieście i korzystać z dobrodziejstw cywilizacji. Jednocześnie uprawa roli i hodowla przestała przynosić dochody i dlatego mieszkańcy wsi szukają pracy w mieście. Wieś się zatem w Polsce wyludnia, a ziemia leży odłogiem. Po drugie, mieszkańcy miast wraz z rozwojem motoryzacji dostrzegają zalety mieszkania w naturalnym otoczeniu, w domkach jednorodzinnych i dojeżdżania do pracy w mieście. Po trzecie, wreszcie, niektóre wioski w oparciu o mechanizm odwzorowania standardów cywilizacyjnych zamieniają się w miasteczka poprzez gwałtowną urbanizację. Rozwijają infrastrukturę gazową, wodociągową, kanalizacyjną, komunikacyjną, a nawet budują mini centra handlowo-rozrywkowe.

Żywiołowe procesy integracyjne w sposób szczególny dotyczą wiosek położonych w bezpośredniej bliskości dużych miast. Tworzy się typowy układ wzajemnych związków. Miasto daje atrakcyjną ofertę cywilizacyjną, a wieś tereny rekreacyjne, budowlane i inwestycyjne. Oba środowiska powoli się integrują, aż do zatarcia granicy między miastem, a wsią. W ten sposób podmiejskie wsie zamieniają się w dzielnice miast. Dostatek lub bieda stają się wspólne, rozwój lub regres obejmuje i jednych, i drugich. To proces silniejszy od ludzkich zapędów administracyjnych.

Jakie korzyści?

Na korzyści wynikające z połączenia gmin należy popatrzeć z dwóch perspektyw. Pierwsza to korzyści wynikające z likwidacji zbędnych struktur i etatów oraz z obniżenia kosztów bieżącego administrowania w postaci utrzymania budynków, zakupu sprzętu itp. Jeżeli przyjrzymy się budżetom gmin wiejskich, to dostrzeżemy, że lwia ich część idzie na pokrycie kosztów zatrudnienia urzędników. Tu są zatem spore oszczędności.

Drugą perspektywę stwarzają nowe możliwości i szanse. Najważniejszym bodaj tego aspektem jest wyraźny proces polaryzacji biedy i dostatku jaki ostatnio zachodzi w Polsce. Zgodnie z tym procesem biedni stają się jeszcze biedniejsi, a bogaci jeszcze bogatsi. Większe organizmy, dysponujące większymi budżetami mogą prowadzić większe inwestycje, bo mają większe możliwości kredytowe, mają też większe szanse na uzyskiwanie środków pomocowych z Unii Europejskiej.

W wyniku połączenia wzrastają obopólne możliwości rozwoju infrastruktury, np. poprzez poprawę sieci i stanu dróg, a co za tym idzie - zwiększenie mieszkańcom "wiejskich" przedmieść dostępu do "miejskiej" edukacji i kultury. Wzmacniając rozwój miasta, pobudzimy jego gospodarkę, a wraz z nią rozwiniemy rynek pracy. Na tym procesie skorzystają mieszkańcy wiejskiej gminy, bo Zielona Góra i tak od wielu już lat jest dla nich najważniejszym pracodawcą.

Mechaniczne podtrzymywanie podziału na gminę wiejską i miejską nie powstrzyma naturalnych procesów integracyjnych, ale może je utrudnić i opóźnić. Tylko po co, skoro ceną zachowania obecnego status quo będzie brak rozwoju oraz ograniczenie dostępu do funduszy europejskich.

Oczywiście, należy w naszym rozumowaniu uwzględnić obawy podkreślające niebezpieczeństwo pomijania w Radzie Miasta opinii mieszkańców dzisiejszej gminy wiejskiej. Obawa ta nie wytrzymuje jednak próby sił z faktami. Przecież ani Jędrzychów, ani Chynów nie straciły na włączeniu w granice administracyjne Zielonej Góry.

Znowu brak strategii

Zielona Góra powinna wchłonąć gminę wiejską. Zanim jednak rozwiniemy sztandary i zadmiemy w bojowe rogi, najpierw rozważmy - co to da? W tej sprawie tradycyjnie muszę przypomnieć o konieczności istnienia strategii. Miasto strategii nie ma. Plan zagospodarowania przestrzennego dopasowuje się operacyjnie do potrzeb ekipy aktualnie urzędującej w Ratuszu i bieżącej koniunktury. Tymczasem Zielona Góra powoli umiera, a cudownym remedium na obecną zapaść nie może być tylko proste przyłączenie gminy wiejskiej.

Samo wcielenie gminy wiejskiej niewiele da, jeśli nie powstanie racjonalny plan wspólnego rozwoju. Złączenie gmin musi poprzedzić plan opisujący docelowy charakter, jaki będą miały uzyskać włączone do miasta wioski. Innymi słowy, najpierw musimy odpowiedzieć na następujące pytania: jakie przewidujemy kierunki rozwoju dla przyłączanych wsi oraz - co na tym zyska miasto, a co zyskają mieszkańcy wiosek? Jeżeli wówczas okaże się, że Zielonej Górze potrzebne są wiejskie tereny inwestycyjne jedynie po to, by postawić kolejny supermarket, to szkoda zawracania głowy i pieniędzy na uzbrajanie terenu.

Krzysztof Chmielnik

{moscomment}