Lubuska Racja Stanu
Redaktor: Krzysztof Chmielnik   

Od ponad dwudziestu lat ani władza centralna, ani władza lokalna nie kreują czytelnej wizji rozwoju regionu, zaś sami Lubuszanie mają wyraźne kłopoty z określeniem własnych interesów i jak za czasów pegeerów czekają na wytyczne z góry.

Napisano - "na początku było Słowo", a ja, będąc inżynierem, twierdzę, że na początku był Pomysł i wynikający z niego Plan. W tym też duchu prowadziłem dyskusję o przyszłości Lubuskiego z pewnym świeżo obronionym politologiem. Okazało się, że jest gorzowianinem, jeszcze niedawno studiował w Szczecinie, a aktualnie wraca z Alzacji, co znacznie wzbogaciło naszą rozmowę.

Pojęcie Ziemia Lubuska, w odróżnieniu od terytorium obecnego Województwa Lubuskiego, nie ma imponującej tradycji. Mówiąc Ziemia Lubuska, nie zastanawiamy się nad przyczynami wywierającymi wpływ na nasz region. Czy jego obecna kondycja i perspektywy rozwoju wynikają z istnienia jakichś "ostrych" granic, czy też na stan Lubuskiego największy wpływ wywiera fakt posiadania własnego "centrum"? Moim zdaniem, właściwe odczytanie "lubuskiej racji stanu" sprowadza się do zdefiniowania symbolicznej funkcji Odry oraz operacyjnej funkcji drogi A3. Zacznijmy od Odry.

W historii ludzkiej cywilizacji widać wyraźnie, jak wielki wpływ wywierały rzeki - żywicielki. Tak było w starożytnej Mezopotamii i Egipcie faraonów, tak było i w średniowiecznej Europie. Takie rzeki jak Ren i Wisła były i są osiami rozwoju gospodarczego, a miasta nad nimi zbudowane osiągały potęgę gospodarczą i polityczną, stając się kręgosłupami państw. Europejska cywilizacja równolegle wykształciła jednak odmienne rozumienie roli rzek. Chodzi tu o rzeki - granice, które zamiast łączyć, po prostu dzieliły. Takie rzeki pilnie strzeżono szańcami obronnymi, a wzdłuż ich brzegów budowano twierdze wojskowe zamiast przystani handlowych. Podporządkowanie rzeki myśleniu wojskowemu owocowało zawsze zepchnięciem gospodarki na drugi plan. Dlatego, mówiąc dziś o regionie lubuskim, jego strategii rozwoju i przyszłości, powinniśmy pilnie ustalić, czy rzeka Odra ma łączyć ( a przy okazji: co? ), czy też dzielić. Region nasz powstał przecież w ramach restytucji piastowskich koncepcji sprowadzających Środkowe Nadodrze do roli klucza zamykającego dostęp do Rzeczpospolitej. Naturalną i oczywistą konsekwencją takiego podejścia było przekształcenie obszaru obecnego woj. lubuskiego w strefę potencjalnych działań wojennych z dominującą rolą Armii Czerwonej. Tak było przez wiele lat realnego socjalizmu. Tymczasem po jego upadku wciąż nie widzę żadnych symptomów zmian lub przynajmniej prób rewizji tamtego "militarystycznego" myślenia. Od ponad dwudziestu lat ani władza centralna, ani władza samorządowa nie kreują czytelnej wizji rozwoju regionu, a i sami Lubuszanie mają wyraźne problemy z określeniem własnych interesów i jak za czasów pegeerów czekają na wytyczne z góry.

Tymczasem ruch intelektualny wokół tego problemu zaistniał po stronie niemieckiej. U progu lat 90. pojawił się plan Stolpego, częściowo wykorzystywany w kolejnych niemieckich planach rozwoju przygranicza. Ważną w nich rolę odgrywa Odra jako obszar chronionej biosfery. Według tych planów, rzeka ma spajać rezerwaty i parki krajobrazowe leżące po obu brzegach. Polski program Odra 2006 ma podobny charakter. Również Euroregion Sprewa-Nysa- Bóbr kreuje własne transgraniczne koncepcje w postaci budowy oczyszczalni ścieków dla miasta Gubin-Guben, a Uniwersytet Viadrina proponuje wspólne rozwiązania dla Słubic i Frankfurtu. I pięknie, tylko czy te wszystkie inicjatywy i realizacje pozostają w zgodzie z oficjalną strategią rozwoju województwa? Otóż, nie. Przynajmniej tak wynika z analizy programów operacyjnych, które oceniam jako zachowawczą bądź wtórną reakcją na niemieckie pomysły.

Dlaczego zatem unikamy podjęcia tak ważnej dla nas debaty? Przecież problem jest na tyle ważny, aby czuć się uprawnionymi do zweryfikowania dotychczasowej praktyki, i to mimo setek lat historycznie uzasadnionej tradycji głównie opartej o negatywne stereotypy narodowe. Mimo 14 lat przemian ustrojowych, my wciąż głosimy swoje, a Niemcy swoje. Może dlatego nie jesteśmy, jako Lubuszanie, świadomi źródeł rozwoju naszej "małej ojczyzny" w czasach, kiedy Odra była rzeką wewnątrzpruską. W ślad za tym nie dostrzegamy sensu pruskiej koncepcji rozwoju ówczesnej Lubuszczyzny, opartej o szlaki komunikacyjne, a przede wszystkim o Odrę ożywiającą gospodarczo oba brzegi.

To przykre, ale nie rozumiemy, że niemiecki sukces gospodarczy i cywilizacyjny Zielonej Góry wynikał z istnienia linii kolejowej Berlin-Wrocław i tego, że nasze miasto leżało w połowie tej trasy. Ani też tego że, poprzedniczka Zastalu tworzyła infrastrukturę komunikacyjną dla Berlina i Wrocławia. Zza antyniemieckiej fobii nie dostrzegamy, jak bardzo ułatwiał ten rozwój fakt administracyjnego władania oboma brzegami rzeki. Nie chcemy dostrzec, choć również Wisła, będąc w obrębie jednego państwa, pobudzała rozwój gospodarczy całego swego dorzecza. I nie wiem, czy choć mgliście uzmysławiamy sobie nasze lubuskie już podobieństwo do Badenii i Alzacji leżących na obu brzegach Renu.

Idea Odry jako symbolu osi rozwoju wymaga przewartościowania wielu koncepcji rozwoju regionu. Choćby tylko po to, aby znaleźć w niej miejsce dla Gorzowa Wielkopolskiego. Pięknie zaś w nią wpisuje się wizja trójmiasta Sulechów - Zielona Góra - Nowa Sól, rozpiętego jak cięciwa na łuku Odry. Z tego punktu widzenia innego znaczenia nabiera nagle Frankfurt na Odrą, być może najbardziej nadający się na stolicę tak skonfigurowanego od nowa regionu. Wizja nowego lubusko-brandenburskiego makroregionu nie musi być seminaryjną mrzonką, bo po niemieckiej stronie mają zdaje się podobne problemy do naszych. Brandenburgia w swoim obecnym kształcie ma równie mało historyczne uzasadnienie co i my, i wyraźnie widać, że sąsiadujące z naszym województwem obszary leżące pomiędzy Saksonią, Vorpommern, a wielkim Berlinem, także szukają swojej tożsamości. Jednocześnie Brandenburgia jest najbiedniejszym landem Niemiec, i to pomimo gigantycznych środków pochodzących z niemieckich budżetów centralnych. Do Branderburgczyków coraz silniej zaczyna docierać myśl o swym peryferyjnym położeniu wobec ogólno niemieckiego obszaru gospodarczego. To może kaprys losu, ale mamy tyle podobnych problemów, że to właśnie one powinny nas zbliżyć do koncepcji wspólnego makroregionu leżącego po obu stronach Odry. Przecież w myśleniu euroregionalnym, wyzwolonym od pojałtajskiego porządku, logicznie mieszczą się w jednym regionie i Cottbus, i Zielona Góra. Takie wspólne podejście ułatwi nam odrzucenie historycznej spuścizny, która wciąż definiuje Odrę jako granicę z jej głównego stygmatem, jakim jest odmienność językowa. Ta sztuczna i w sumie wydumana bariera zniknie z czasem w miarę dorastania kolejnych pokoleń, wraz z ich z coraz większą sprawnością językową

Czas powrócić do mojego przypadkowego towarzysza podróży. Ów wspomniany na wstępie młody gorzowianin marksistowsko dowodził mi, że materia bytu ułoży się sama i wyciśnie swoje piętno na naszej świadomości, a na pytanie, kto kogo skolonizuje - Niemcy nas czy my Niemców, odpowie wypadkowa wektorów sił społecznych i gospodarczych po obu brzegach Odry. Młody politolog przywiózł z Alzacji cząstkę tamtejszego doświadczenia oraz przekonanie, że naturalne siły wolnego rynku wespół z siłą eurodemokracji są silniejsze od słów polityków zaklętych w koncepcjach. Ja zaś upierałem się przy swoim, że idea otwartej Europy wpierw musiała powstać w mózgach de Gaulla i Adenauera, by Ren mógł przestać być mentalną linią Maginota.

Byt pozbawiony idei przewodniej może dać efekt otwartej puszki Pandory. Żywioł życia, puszczony samopas bez planu, zbyt często uruchamia niszczycielski mechanizm. Już dzisiaj widać wyraźne tendencje marginalizacji całego regionu zachodniej Polski. Dzieje się tak nie z powodu jakiegoś spiskowego planu, ale z powodu braku naszej mądrej reakcji na spontaniczne i czasami sprzeczne tendencje. Potwierdzają to liczne dane statystyczne. By to lepiej uwidocznić rozważmy skutki budowy autostrad, bo to one są dzisiaj najważniejszymi osiami rozwoju. Polskie plany autostradowe tworzą układ osi rozwojowych Wschód - Zachód, dzieląc przy okazji Ziemię Lubuską aż na trzy części. Ten sam układ osi już zamienia Polskę w kraj graniczny ( w negatywnym tego słowa znaczeniu) wobec Rosji, Ukrainy i Białorusi. Jedna autostrada Północ - Południe nie uczyni z Polski kraju leżącego gospodarczo pomiędzy Skandynawią, a Bałkanami. Polska, a także Ziemia Lubuska dla swojego rozwoju potrzebują również południkowej osi rozwojowej. Mogłaby być nią zaniechana autostrada A3. Dzięki tej drodze Lubuskie mogłoby pełnić rolę zwornika pomiędzy Zachodnim Pomorzem a Dolnym Śląskiem. Uzyskana dopiero w ten sposób spójność Polski zachodniej miałaby szansę promieniowania na zachodni brzeg Odry. Ogromnie na tej drodze zyskałby Gorzów, a przy okazji umierający gospodarczo Szczecin.

Dla budowy układu południkowego musimy szukać partnerów. Ani Wrocław, ani Poznań nie mają interesu, aby lobbować na jego rzecz. Oba ośrodki swoje szanse rozwojowe upatrują w układzie równoleżnikowym. Naszym jedynym prawdziwym sprzymierzeńcem będzie Szczecin, który z drogi A3 i Odry powinien uczynić aortę swojego rozwoju gospodarczego. I wcale nie jest paradoksem, że naszym naturalnym partnerem staje się Brandenburgia, która także potrzebuje Odry jako symbolicznej rzeki żywicielki. Odtwarzając zatem pruski porządek wzdłuż Odry, możemy najlepiej przysłużyć się rozwojowi Ziemi Lubuskiej. I jakże złowieszczo dla naszej przyszłości, z perspektywy tak widzianej racji stanu, wyglądają spory o NSA, ABW i inne mało ważne sprawy. Zamiast uprawiać zaściankowy patriotyzm rozważmy ideę trójmiasta Nowa Sól-Zielona Góra-Sulechów, które może odegrać rolę prawdziwego zaczynu dla przyszłego rozwoju regionu.

Możemy zignorować wnioski wynikające z powyższej analizy. Możemy również zaakceptować koncepcje o diametralnie odmiennych założeniach. Najgorszym rozwiązaniem będzie jednak typowo polskie zachowanie, czyli jałowe zaniechanie. Wówczas za jakieś 50 lat doczekamy się momentu, w którym Frankfurt nad Odrą stanie się samorzutną stolicą Środkowego Nadodrza, a Gorzów i Zielona Góra prowincjonalnymi mieścinami, które z żalem będą wspominać utracone szanse.

Krzysztof Chmielnik

{moscomment}