Lizusy, nieudacznicy i pieniądze
Redaktor: Waldemar Mystkowski   

Lata dziewięćdziesiąte ubiegłego już wieku podgryzły mity, którymi żywiły się środowiska kulturalne, naukowe i niektóre polityczne, że elity wyrosłe tutaj, a mam na myśli Zieloną Górę i region, że owe elity będą miały wpływ na swoje otoczenie, środowisko, a w konsekwencji na rzeczywistość.

Używam pojęcia elity, bo do końca nie jestem przekonany do słuszności używania pojęcia inteligencji. To ostatnie słowo wydaje mi się zbyt ciężkie, zakotwiczone w XIX-wiecznej tradycji i wymykające się współczesnej estetyce. Dlatego inteligencję zastępuję elitą, choć nie odżegnuję się od intelektualnej tradycji, w której posiadaniu winny być owe współcześnie rozumienie elity.

A więc, o paradoksie, do elity nie należą wszystkie elity. W tym miejscu zastosuję kolokwialny strychulec: taka podmianka, miast inteligencji - elita. Esencją zaś inteligencji, kimś w rodzaju arbitra, powinien być klerk. Niestety, takiego kogoś u nas raczej nie mamy - czy to w postaci wąskiej grupy, czy jakiejś osoby. Nie tylko nasza rzeczywistość do tego nie dojrzała, co dowodnie świadczy o naszym cywilizacyjnym zacofaniu. Krążą tylko fałszywe autorytety i takaż fachowość władzy.

Elity, które miały szanse w latach dziewięćdziesiątych wpłynąć na nasze środowisko, zaprzepaściły tę szansę. O ile można zrozumieć wykorzenienie, niezrozumienie w innych środowiskach, a nawet niekoniecznie wspólne interesy - dodać należy: interesy intelektualne, bo jakie? - to elitom jednego nie można wybaczyć: braku odwagi. Uwikłane w bieżączkę polityczną, załatwiały elity swoje „doczesne” sprawy w obawie, że posadka, jakiś ciepły stołek zostaną im usunięte spod siedzenia.

Dlaczego tak się działo, że elity zachowywały się jak insekty turkucia podjadka, żywiące się korzeniami, podgryzające rolę, do której same się przecież powołały?

Różowe lata sześćdziesiąte, siedemdziesiąte

Na początku lat dziewięćdziesiątych, gdy wiele było możliwe, mieliśmy do czynienia z kilkoma groteskowymi przedsięwzięciami. Na jednym chciałbym się skupić, bo jest ono charakterystyczne i jak dobra metafora zawiera w sobie charakterystyczne sprzeczności. Otóż próbowano odgrzać piosenkę radziecką, cokolwiek ona znaczyła. Oczywiście, nie mieliśmy do czynienia z kontynuacją wcześniejszych doświadczeń kolaborowania kulturalnego, a wręcz z czymś przeciwnym, wzięciem w nawias tego, do czego totalitarna władza się zobowiązała. Impreza sama w sobie była nieudana, ale pokazała, jak para szła w gwizdek. Bezczynne środowisko kulturalne próbowało coś zrobić, zrobić to, co znało, a że piosenka radziecka była „be”, upust szedł w nawias. Pewnie gdyby tradycja była głębsza, a nie tak wykorzeniona, sięgnięto by do czegoś wyraźniejszego, istotniejszego. Niestety, nie było do czego się odwoływać. A spustoszonego środowiska kulturalnego nie stać było na rzecz oryginalną. Czymś podobnym, choć przesuniętym w czasie, jest piosenka zjednoczonej Europy, szkoda tych wysiłków, które nie sięgają zamiarów.

Lecz ja o czymś zgoła innym. O tym odwoływaniu się, czyli kontynuowaniu albo zaprzeczaniu, a nawet jakiejś formie pośredniej. Tak postrzegano, czyni się tak zresztą nadal, lata sześćdziesiąte i siedemdziesiąte: jako pionierskie, kiedy wykształcone na miejscu elity powzięły trud zagospodarowania kulturalnego i intelektualnego. Wtedy powstają pierwsze uczelnie, teatr udostępnia swoje deski najzdolniejszym młodym realizatorom, którzy później grają pierwsze skrzypce w polskiej sztuce dramatycznej i filmowej, rozbrzmiewa amfiteatr piosenką radziecką, środowisko plastyczne inicjuje poważne przedsięwzięcie pod nazwą „Złote Grono”, w którym biorą udział tuzy pędzla. Samo na tym korzysta, promując kilka nazwisk, do Zielonej Góry zjeżdżają literaci na zjazd pisarzy odzyskanych z Iwaszkiewiczem na czele, ten jednak angażuje się w ten sposób, że ciałem przebywa na sali obrad, po czym szybko drałuje do hotelu, aby pisać. Wreszcie działa pismo „Nadodrze”, które ten łańcuszek działań próbuje sensownie opisać.

Tego dobrego jest trochę więcej, ma lepsze i gorsze odpryski w postaci imprez towarzyszących. Ale z czasem, a od tamtej pory minęło kilkadziesiąt lat, we wspomnieniach uczestników i sprawców, działania urastają do najlepszych lat, jakie przeżywało miasto, niemal czas złoty, a w najgorszym razie różowy. Wobec tego - co się stało, że tamte przedsięwzięcia są odgrzewane w umysłach, a brak jakiejkolwiek transmisji do dzisiaj? Zbyt łatwa wydaje mi się odpowiedź, że imprezy powstawały na zamówienie polityczne. To prawda, władza była z nadania, ta z kolei konkurowała na rynku wewnętrznym jednej idei, potrzebowała do swoich feudalnych usług kogoś w rodzaju kamerdynerów systemu, aby nieśli kaganek w lud. Władza skruszała, lud nie chciał tego, czego nie rozumiał, ale do cholery, co się stało z elitami?

Czy firmament władzy, który zwalił się im na łeb, kompletnie elitę zmiażdżył, a lud, który niezrozumiały dlań sztafaż odrzucił, nie udzielił schronienia choćby najwartościowszym jednostkom? Są to pytania bez odpowiedzi, bo na nie może tylko odpowiedzieć ówczesna elita, a w tej mierze niewiele zrobiła. Dla mnie istotne są pytania, sposób ich formułowania. Ówczesne elity spełniające rolę niewolnego ogniwa pozostały samotne, ale taka sytuacja jest charakterystyczna dla inteligencji. Dla elit groźne jest wyalienowanie, nie jest ono tożsame z samotnością. Czy zatem wyobcowanie zadecydowało, że gdy minął czas działania, pozostał tylko czar samych zainteresowanych?

Co dalej?

A rzeczywistość się zmienia. Zielona Góra wraz z całym regionem obsuwa się we wszystkich rankingach, elity tępo wpatrują się we wskaźniki, władza i pretendenci do niej niespecjalnie się tym przejmują, zachwalają swoje mizerne osiągnięcia bądź ogłaszają nowe recepty na wyzdrowienie, bo wybory tuż, tuż. Od kilkunastu lat scenariusz jest niemal ten sam, tylko realizacja coraz gorsza, gdyż na przestarzałych nośnikach. Społeczeństwo obywatelskie, które na progu transformacji ustrojowej miało zadbać o swoje grupowe interesy, machnęło ręką na ideały demokratyczne, rości pretensje do tego, co posiadają inne bogatsze społeczeństwa. Elity gdzieś się przechowały, można usłyszeć o nich przy okazji zamysłu likwidacji instytutu sztuki, wyboru dyrektora placówki kulturalnej albo wizyty wybitnej postaci. Zawsze gdzieś się podczepią.

Może przesadzam, ale takie moje prawo. Wśród elit nie powstał wszak żaden projekt dotyczący przyszłości miasta i regionu, nie odbyła się żadna dyskusja: dokąd powinniśmy - albo też nie - zmierzać? Urząd Marszałkowski na początku swojej pierwszej kadencji wyprodukował strategię rozwoju regionu, ta zawierała wszystkie wady nuworysza, bo samorządowcy zajęli się w nim poprawieniem wszystkiego na lepsze, a to zawsze jednak znaczy: nic. Po pierwszych recenzjach strategię schowano szybko do szuflady, obowiązek jej wyprodukowania został więc odfajkowany. Szansa na dyskusję zatem umknęła.

Czas jednak nie próżnuje. Najprawdopodobniej wejdziemy do Europy, w której będziemy musieli się zmierzyć z obowiązującymi tam standardami. Rzecz się będzie oczywiście odbywała w skali kraju, ale Lubuskie z racji swojego położenia stanie przed specyficznymi zadaniami. Dotychczas samorządowcy lepiej lub gorzej dawali sobie radę ze współpracą przygraniczną, ale to było o tyle oczywiste, że korzystali z różnych funduszy unijnych. Elity będą jednak musiały produkować i promować wartości zupełnie inne. Nie wystarczy, że lizusy z lat sześćdziesiątych będą z rozrzewnieniem wspominać, jak dobre przeżywali czasy pod totalitarnym parasolem, z kolei nieudacznicy z lat dziewięćdziesiątych nie będą mogli powiedzieć, że nie wiedzą, o co w tej demokracji chodzi. Bo wtedy usłyszą, że o pieniądze.

Usłyszą, że na przykład na kulturze można zarobić i wcale nie chodzi o komercję. Rynek wartości i idei nie jest tym samym, czym zwykły rynek kapitału, towarów i usług. Kształtował się na Zachodzie przez dziesiątki lat, ma różne twarze w wielu krajach, lecz nagradza, że tak powiem, najzdolniejszych i najbardziej kompetentnych. Może wtedy elity zbiorą się do kupy?

Waldemar Mystkowski

{moscomment}