Pytam, więc wątpię
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Z Konradem Stanglewiczem, dziennikarzem radiowym i publicystą, rozmawia Piotr Maksymczak.

Jesteś chyba jedynym dziennikarzem, który z popularyzacji zielonogórskiego środowiska naukowego uczynił główny cel swojej aktywności zawodowej.

Pewność i przekonanie o własnej racji dobre są w kościele i w polityce. Żarliwie wierzący duchowny łatwiej pociągnie za sobą innych. Polityk, nawet jak kłamie, powinien mówić z pełnym przekonaniem. Inaczej w dziennikarstwie i nauce. Im więcej wątpliwości i pytań, im więcej podejmujemy prób podważenia zastanych poglądów, tym lepiej.

Ale skąd u Ciebie aż tak wielkie zainteresowanie tematem, który rzadko kiedy trafia na pierwsze strony gazet?

Nauka zawsze mnie interesowała, choć jestem tylko wszechstronnym dyletantem. Ale w dziennikarstwie to się nieźle sprawdza. Mam dość luksusową sytuację, bo moje miejsce pracy pozwala łączyć osobiste zainteresowania z misją publicznego radia.

Czyli naczelny ci kazał?

Nic podobnego, to wyszło naturalnie. Na dobre zasmakowałem w tym dwadzieścia lat temu. W 1986 roku, w setną rocznicę urodzin Tadeusza Kotarbińskiego, patrona ówczesnej WSP, w Zielonej Górze odbyła się duża konferencja, na której pojawiła się plejada uczonych: filozofów, logików, etyków, których nazwiska figurują w encyklopediach: Janina Kotarbińska, żona Tadeusza, Ija Lazari Pawłowska, Marian Przełęcki, Tadeusz Pszczołowski, Klemens Szaniawski - filozof nauki, zarazem intelektualny i moralny autorytet ówczesnej opozycji. Nie mogłem nie skorzystać z wyjątkowej okazji i nagrałem sporo rozmów z tymi wybitnymi ludźmi.

Nie miałeś problemów z cenzurą?

Nie, to były audycje o Kotarbińskim, twórcy prakseologii i etyki bez Boga, a przy tym odważnym i prawym człowieku. A wracając do pytania o nieobecność nauki na pierwszych stronach gazet - w ostatnich latach coś się jednak zmienia. Niedawno na czołówkach pisano, że najdalsza ze znanych dotychczas planet leży 20 tys. lat świetlnych od Ziemi i odkryli ją polscy astronomowie, że historycy do dziś nie wiedzą, dlaczego nasz kraj nazywa się akurat Polska. Czy to nie fascynujące sprawy?

Ale polityka i politycy są codziennie, a nauka i naukowcy od wielkiego dzwonu.

Masz rację, politycy rozpychają się w mediach. To sprawia fałszywe wrażenie, że świat zaczyna się i kończy na polityce. Nie bez winy są tu sami dziennikarze, ale zwłaszcza redaktorzy i wydawcy, którzy każdego politycznego bąka wybijają tłustym drukiem. Jako dziennikarz maczam w tym oczywiście palce, ale samo zjawisko szalenie mnie irytuje.

Powróćmy do nauki. Czy status prowincjonalnej uczelni nie skutkuje prowincjonalną perspektywą badawczą?

Co to znaczy „prowincjonalna uczelnia"? W tym pytaniu tkwi jakiś kompleks. Położenie geograficzne i wielkość ośrodka nie mają żadnego znaczenia. Kalifornijski Instytut Technologiczny w połowie lat 70. liczył tylko 1,5 tys. studentów, a był to już jeden z najważniejszych ośrodków naukowych USA.. Getynga, miasto liczbą ludności porównywalne z Zielona Górą, jest jednym z głównych centrów nauki w Niemczech. Przykłady można mnożyć. Rzecz nie w położeniu, tylko w jakości nauczania i w poziomie uprawianej nauki, co dobrze rozumie rektor Uniwersytetu Zielonogórskiego prof. Czesław Osękowski, którego dewizą jest: „inwestować w ludzi, nie w budynki". Trzeba poznać dorobek tutejszych naukowców, aby móc z przekonaniem wydawać sądy. Broń Boże nie twierdzę, że znam wszystkich, ale o kilku wiem, że liczą się na polskiej i europejskiej scenie naukowej.

To dlaczego wciąż się mówi, że zielonogórscy naukowcy żyją na marginesie wydarzeń społecznych i politycznych? Czyja to wina: naukowców, polityków czy konsumentów dziennikarskich produkcji?

Jeśli większość naszych uczonych żyje na marginesie głównego nurtu, to z powodu splotu wielu przyczyn. Weźmy choćby przykład arogancji władzy publicznej, która nie ma w zwyczaju zasięgać rady czy opinii u naukowców. Ludzie władzy zwykle wszystko sami wiedzą najlepiej. Pamiętajmy też, że nauka wymaga wąskiej specjalizacji, poziom wiedzy jest wyśrubowany, a język nauki siłą rzeczy coraz bardziej hermetyczny. To może sprawiać wrażenie, że uczeni zamykają się w wieży z kości słoniowej i poza własnym przedmiotem badań nic ich nie interesuje. Nadto - polski system premiowania naukowców nie uwzględnia aktywności publicznej. Naukowcy mogą być nawet najlepszymi popularyzatorami wiedzy, a i tak nie dostaną ani jednego punktu premii z tego tytułu. Wreszcie - zubożenie tego środowiska. Profesor pracujący na trzech etatach nie ma ani czasu, ani sił na aktywność publiczną.

Amerykańska Akademia Nauk tuż po zakończeniu II wojny światowej opublikowała oświadczenie, w którym pochwaliła niemieckich naukowców za milczenie podczas dominacji faszyzmu. Amerykanie dali niemieckim naukowcom rozgrzeszenie za ich brak cywilnej odwagi, za ucieczkę w naukową wieżę z kości słoniowej. Jak sądzisz - czy zielonogórskim naukowcom potrzebna jest jakaś forma publicznego rozgrzeszenia?

A co ma piernik do wiatraka? Nie rozumiem tego porównania niemieckich naukowców z czasów faszyzmu z naszymi... Jeśli chcesz powiedzieć, że zielonogórscy naukowcy są „obok" problemów, którymi żyje region, to nie całkiem się z tobą zgadzam. Pierwszy przykład z socjologii. Właśnie teraz opracowywane są wyniki Lubuskiego Sondażu Społecznego przeprowadzonego na dużej grupie mieszkańców. Wkrótce dostaniemy pierwszą w historii naszego regionu tak dokładną socjologiczną „fotografię" Lubuszan. Co z wynikami tych badań zrobią politycy, to inna sprawa. Drugi przykład: technomatematycy skupieni wokół prof. Wojciecha Okrasińskiego rozwiązują problemy, z którymi borykają się inżynierowie w Lumelu czy Nafcie. I trzeci przykład: od lat popularyzatorskie imprezy pod nazwą „Kepleriada" organizuje prof. Janusz Gil. Dzięki niemu astronomią „zaraziło się" wielu młodych ludzi, a w Zielonej Górze, w ciągu zaledwie szesnastu lat, powstał liczący się w kraju ośrodek astrofizyczny...

...skoro jest tak dobrze, to dlaczego...

...złości mnie takie dziennikarskie stawianie sprawy. Uniwersytet Zielonogórski nie jest ani mierny, ani znakomity. Prestiż buduje się dziesiątki, jeśli nie setki lat. Ta uczelnia jest młoda, ale ma obiecujący i unikalny w Polsce rys polegający na łączeniu kierunków ścisłych z technicznymi, z humanistyką i sztuką. Na wielu kierunkach jest przyzwoity poziom, oby z tendencją wzrostową. Dowodem owa socjologia, o której niedawno pisałeś, że grozi jej likwidacja. A obroniła się i jeszcze wygrała grant na Lubuski Sondaż Społeczny. Filozofii zazdroszczą nam studenci z innych ośrodków akademickich, którzy w roku ubiegłym przyjechali tu na Zlot Filozoficzny. Dla przykładu wymienię prof. Kazimierza Jodkowskiego zajmującego się „gorącą" dziś problematyką relacji nauki i religii. Matematykę mamy dobrą, fizykę, historię. Prof. Czesław Osękowski dostał prestiżową nagrodę tygodnika „Polityka" za najlepszą naukową książkę roku. Prof. Zbigniew Izdebski prowadzi zakrojone na szeroką skalę badania nad seksualnością Polaków, w tym wiedzy o HIV/AIDS. Za wieloma pracującymi tu ludźmi stoi solidny dorobek naukowy.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego aż tylu profesorów i doktorów UZ nie widziało niczego złego w decyzjach poprzedniego rektora, prof. Kisielewicza. Milczał Senat, milczeli prorektorzy, milczeli dziekani. Milczeli dziennikarze...

Milczeli nie wszyscy. „Puls" protestował głośno i skutecznie. Protestowali również uczeni. Prof. Piotr Garbaczewski już parę lat temu polemizował z prof. Kisielewiczem na temat rektorskiej polityki inwestycyjnej. Również Jodkowski protestował. Boże drogi, a cóż ty chcesz, naukowcy to też ludzie. Milczeli pewnie ci, którym działo się dobrze. Pozostali może bali się, aby nie było im jeszcze gorzej. Wśród naukowców liczba konformistów jest nie większa niż w innych środowiskach. A wśród dziennikarzy nie ma potakiwaczy i usłużnych kronikarzy władzy?

To po co nam autorytet nauki i autorytet profesorskiego tytułu?

Nauka wentyluje mózgi, bez niej do dziś łazilibyśmy w kapciach z łyka. Faktem jest, że więź pomiędzy ludźmi nauki a społeczeństwem jest słaba. Pewnie z powodu skomplikowania samej nauki i jej języka. Ale nie zwalajmy wszystkiego na uczonych. W Polsce inteligent bez skrępowania mówi, że nie wie, co to rachunek różniczkowy, ale do braku znajomości „Pana Tadeusza" nikt nie śmie się przyznać.

Za prawdziwą elitę intelektualną ciągle uważa się przedstawicieli humanistyki. Obserwujemy głębokie pęknięcie pomiędzy naukami humanistycznymi, a naukami ścisłymi. Ubolewał nad tym nieżyjący już fizyk i poeta - prof. Grzegorz Białkowski, z którym rozmawiałem pod koniec lat 80., kiedy odwiedził Zieloną Górę. Brakuje intelektualnego dialogu pomiędzy reprezentantami tych dwóch naukowych światów. Dlatego tak bardzo podoba mi się zainicjowany w USA przez Johna Brockmana ruch tzw. „trzeciej kultury". Jego celem jest intermedialna oraz interdyscyplinarna współpraca w nauce i komunikacja uczonych z ciekawą wiedzy publicznością bez pośredników, np. dziennikarzy. A wydawcy coraz chętniej podpisują kontrakty na napisanie książki popularyzującej naukę. Przykładem Stephen Hawking, autor „Krótkiej historii czasu", który na swojej książce zarobił miliony. Jego powodzenie jest dowodem na wciąż niezaspokojony głód odpowiedzi na najpoważniejsze pytania - skąd jesteśmy, dokąd zmierzamy.

Rozumiem, że wzywasz zielonogórskich naukowców do śmielszego sięgnięcia po pióro?

Nikogo do niczego nie wzywam. Byłoby to niegrzeczne. Jestem zdania, że jak długo nasi naukowcy będą sami siebie postrzegali jako prowincjonalnych, tak długo będą tak traktowani. Zmiana wizerunku publicznego leży głównie w ich rękach. Dziennikarze mogą tylko ich wesprzeć.

Dziękuję.

{moscomment}