Zatrudniamy tylko najlepszych
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Dr. hab. inż. Janusz Szajna: - Zielonogórską uczelnię opuściłem wraz z dużą grupą naukowców, którzy byli rdzeniem zielonogórskiej informatyki. Odejście było konsekwencją kontrowersji narastających wokół naszych projektów realizowanych na zlecenia zagranicznych firm.

Piotr Maksymczak: - Czy branża hi-tech może stać się wizytówką Zielonej Góry?

Dr. hab. inż. Janusz Szajna, prezes zarządu spółki ADB Polska: — Nie, bo Uniwersytet Zielonogórski zrobił się zbyt prowincjonalny. Progi uczelni każdego roku opuszczają coraz słabsi absolwenci. Ich się po prostu źle kształci.

Pan sam jeszcze niedawno prowadził zajęcia ze studentami...

... i nadal prowadzę, ale nie jest to już moje podstawowe zajęcie. Zielonogórską uczelnię opuściłem wraz z dużą grupą naukowców, którzy byli rdzeniem zielonogórskiej informatyki. Nasze odejście było konsekwencją kontrowersji narastających wokół naszych projektów realizowanych na zlecenia zagranicznych firm. Niestety, władze ówczesnej Politechniki Zielonogórskiej pozostały bierne. Pewnie nie wierzyły w nasze samodzielne funkcjonowanie poza murami uczelni.

Ponoć najważniejszym promotorem odejścia Szajny był były rektor. Czy to prawda?

Promotorem naszego odejścia, jeśli już użyć tego sformułowania, nie był rektor Kisielewicz, tylko ktoś zupełnie inny. Dzisiaj emocje już opadły i nie chciałbym wracać do tych spraw. Przy okazji pragnę przypomnieć, że zielonogórskiej informatyki nie byłoby bez prof. Ferdynanda Wagnera. Do Zielonej Góry trafił chyba w 1978 r. Jednocześnie pracował w Lozannie i Genewie. Zawsze pół roku u nas i pół roku na Zachodzie. Dzięki niemu mieliśmy prawie natychmiastowy dostęp do nowych idei i nowych technologii.

Po moim powrocie z Wrocławia, gdzie robiłem doktorat, zauważyłem, że grupa młodych pracowników nauki oraz studentów skupionych wokół prof. Wagnera robi z zakresu mikroprocesorów prawdziwą naukę. Zacząłem chodzić na ich zajęcia. Nawet dostawałem dwóje. Po jakimś czasie przyjęli mnie do swojej grupy. Po odejściu prof. Wagnera postanowiłem nie dopuścić do dezintegracji tej grupy. Jeszcze jako student nauczyłem się sporo o zasadach skutecznego przywództwa, prowadząc uczelniany klub alpinistyczny. Zielonogórskiej informatyki nie byłoby także bez przychylności rektora Mariana Miłka i starań dziekana Antoniego Wysockiego. Ich zasługi są nie do przecenienia.

Grupę towarzyską integruje wspólnota przeżyć, a grupę zawodową?

Wspólnota przeżyć, wspólna praca i pieniądze. Zacząłem więc szukać okazji do zarobienia dodatkowych pieniędzy i prawdziwych szans na zawodową edukację. Jako dyrektor instytutu zacząłem organizować zagraniczne staże dla moich współpracowników. Nie wstydziliśmy się jeździć na półroczne wyjazdy przeznaczone dla studentów, mimo naszych stopni naukowych. Ja też pojechałem na taki staż. Trafiłem do angielskiej firmy zajmującej się półprzewodnikami. Kontakty zawiązane w tamtych latach procentują do dziś.

I gdzie tu miejsce na konflikt?

Pod koniec stażu dostałem propozycję pozostania w Anglii. Ale nie chciałem emigrować. Być może w młodości naczytałem się zbyt dużo romantycznej i pozytywistycznej prozy, ale powiedziałem sobie - dlaczego tych samych zleceń nie mamy robić w Polsce? Zacząłem szukać dodatkowej pracy dla całej naszej grupy, bo chcieliśmy dalej pracować w Zielonej Górze. Byliśmy zapatrzeni w Anglię. Brytyjczycy zachwycili nas organizacją pracy oraz znakomitą współpracą przemysłu z nauką. Podpatrzone u nich wzory chcieliśmy przeszczepić na zielonogórski grunt.

I co, udało się wam?

Początkowo nas chwalono i stawiano innym wydziałom za przykład. Mówiono o nas w Sejmie i w Senacie przy okazji debaty nad przekształceniem WSI w politechnikę. Ale po zmianie władz uczelni powstała nowa sytuacja. Sam nie wiem. Nasze zagraniczne projekty zaczęły chyba kłuć w oczy. Przestaliśmy się mieścić w polskim schemacie "robienia" nauki, bo nas interesował wynik, a nie przeciąganie projektów w nieskończoność albo wykręcanie się pseudopublikacjami itp. Ponadto skala zleceń stale rosła. Ich obsługa zaczynała przysparzać nam coraz więcej kłopotów, bo wszystko musiało przechodzić przez uczelnianą administrację, często bardzo nieudolną. Pamiętam na przykład taką historyjkę. Mieliśmy pojechać na finalizację projektu do Japonii. Uczelnia otrzymała na to pieniądze, ale gdy chcieliśmy z nich skorzystać, pan kwestor powiedział nam, że "może nam zapłacić końmi z Raculki lub krzesłami z auli". Pieniądze pożyczyliśmy od cioci i pojechaliśmy. Dyscyplina finansowa uczelni była bardzo marna. Może dzisiaj to się zmieniło?

...a każdy rachunek musiał mieć podpis prorektora ds. nauki?

...czasem rywalizacja może osiągnąć fazę destrukcji. Dlatego podjęliśmy decyzję o opuszczeniu murów uczelni.

ADB jako jedyna zielonogórska firma osiągnęła autentyczny sukces na globalnym rynku. Dlaczego tak trudno o waszych naśladowców?

Nam się udało połączyć fachową wiedzę z możliwościami globalnej gospodarki. Do tego ciężko pracowaliśmy i myśleliśmy wyłącznie o produkcie, a nie o firmie jako takiej. Wykonaliśmy dużo pracy organicznej, no i pokonaliśmy barierę językową. Ponadto pomogły nam kontakty z okresu naszych staży w Anglii. Ale o jednym chciałbym wspomnieć. Może pan mi nie wierzyć, ale my od początku samodzielnej drogi nie myśleliśmy o pieniądzach, tylko o wyzwaniach, o organizacji, o atmosferze, o jakości. To jest dobra recepta na sukces. Udało się nam wykształcić własną kulturę organizacyjną. Jednym z podstawowych jej aksjomatów jest dzielenie się wiedzą. Tej idei jesteśmy wierni do dziś. W ADB trwa ciągły proces uczenia - uczenia siebie i innych. Tylko na takim gruncie rozkwitają talenty.

Spróbujmy podsumować - w Zielonej Górze z branżą hi-tech jest dobrze, źle czy tak sobie?

Wciąż jest dobrze. Ale dopływ świeżej krwi jest zbyt wolny. Spółka ADB już teraz mogłaby zwiększyć zatrudnienie nawet o 200 proc. bo możliwości projektowe i perspektywy realnych zleceń są, ale zaczyna w Zielonej Górze brakować ludzi z dobrym wykształceniem.

Każdego niedzielnego wieczoru można zastać na zielonogórskim dworcu dużą grupę młodych informatyków czekających na pociąg do Warszawy. Oni jadą do pracy, której u nas nie ma.

Jedni szukają szczęścia na własną rękę. Inni boją się do nas przyjść, bo powtarzane są mity o nadzwyczaj ciężkiej pracy w naszej firmie. Jeszcze inni nie sprostali naszym wymaganiom, bo rzeczywiście zatrudniamy tylko najlepszych. To dlatego zaczęliśmy organizować z Politechniką Warszawską ogólnopolską olimpiadę "Potyczki informatyczne" rozgrywaną w internecie. 20 finalistów trafi na dwa dni do Zielonej Góry na ścisły finał. Najlepszym zaproponujemy pracę.

Dlaczego "Potyczki" organizujecie z Politechniką Warszawską, a nie z Uniwersytetem Zielonogórskim?

Bo najzdolniejsza młodzież studiuje informatykę poza Zieloną Górą. Takie są realia.

Co zatem Zielona Góra powinna zrobić, aby firmy hi-tech wyrastały na lokalnym rynku niczym grzyby po deszczu?

Muszę wyraźnie powiedzieć, że spotyka nas duża życzliwość ze strony lokalnych polityków. My nie działamy na pograniczu polityki i gospodarki, ale taka życzliwość jest bardzo ważna. A wracając wprost do pana pytania - warto byłoby znaleźć trochę pieniędzy w publicznej kasie, aby dla UZ "kupić" kilku markowych profesorów informatyki, aby ci skupili wokół siebie, niczym kiedyś prof. Wagner, grupy młodych zapaleńców. Miasto i uniwersytet potrzebują autorytetów intelektualnych i moralnych. Bez nich może i powstaną kolejne instytucje typu Uczelniane Centrum Przedsiębiorczości i Transferu Technologii, ale dla gospodarczego życia miasta niewiele będzie z nich wynikać.

Dlaczego ADB nie uczestniczy w pracach nad Lubuską Strategią Innowacji?

Bo jesteśmy za bardzo zajęci pracami nad innowacjami.

A może zamiast strategii potrzebujemy realnych narzędzi wsparcia: od parku technologicznego, poprzez klaster firm hi-tech, miejskie granty, fundusze pożyczkowe i inkubatory?

Widziałem park technologiczny w Anglii. Cudo. Rząd wykupił grunt z rąk prywatnych i za publiczne pieniądze wybudował podstawową infrastrukturę techniczną. Nową siedzibę znalazło kilkadziesiąt firm. Anglicy pewnie zastosowali jakieś sito selekcyjne. Nie wiem jakie, ale weryfikację musieli przeprowadzić bardzo rzetelnie, bo tych kilkadziesiąt firm to same znakomitości. Do Zielonej Góry, z powodu lokalizacji ADB, też chciała przyjść duża firma hi-tech. Dokładnie z Tajwanu. Ale ich delegacja nie wywiozła dobrych wrażeń.

Dlaczego?

Atmosfera była bardzo sympatyczna. Ale oni mierzyli odległość do autostrady itp. To nie była delegacja protokolarno-bankietowa, ale bardzo robocza. Aż do bólu. Interesowała ich nawet wysokość posadowienia kontaktów na ścianach. Najbardziej złe wrażenie zrobił brak uzbrojonych terenów inwestycyjnych. Uczciwie powiem, że jeszcze gorsze wrażenie zrobiła na nich wizyta w warszawskich urzędach centralnych. Było mi czasem bardzo wstyd. Arogancja naszych urzędników to już światowa legenda.

Dziękuję.