Kultura zielonogórska: dialog czy celebra? Drukuj Email
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Miesięcznik Puls, Radio Zachód oraz Gazeta Wyborcza zorganizowali 21 czerwca 2005 r. debatę poświęconą zielonogórskiej kulturze. W dyskusji udział wzięli: prof. Edward Hajduk, ks. Andrzej Draguła, Czesław Fiedorowicz, Mirosław Gancarz, Aleksander Bruno-Kieć, Wojciech Kozłowski, Piotr Pudłowski, Maria Dokowicz. Organizatorzy składają serdeczne podziękowania na ręce Piotra Pudłowskiego, prezesa zarządu spółki GAZSTAL, za daleko idącą pomoc przy organizacji dyskusji. Debatę prowadzili: Artur Łukasiewicz, Konrad Stanglewicz i Piotr Maksymczak.

Uczestnicy debaty

Piotr Maksymczak (miesięcznik Puls) – Gdy wielcy inwestorzy szukają lokalizacji dla swych firm, interesują się nie tylko jakością infrastruktury technicznej, ale również jakością lokalnego życia kulturalnego. Menedżerów nie interesuje wykaz placówek, ale kulturalne tętno miasta i regionu. Wychodzą przy tym z założenia, że im bardziej skarlały żywot wiedzie kultura w jakimś mieście, tym mniejsze mają szanse na pozyskanie ludzi zdolnych, przedsiębiorczych i innowacyjnych. Patrząc tylko z tego punktu widzenia - spróbujmy ocenić inwestycyjne szanse Zielonej Góry przy pomocy odpowiedzi na trzy pytania. Po pierwsze - zielonogórskie życie kulturalne to prowincjonalna kalka, czy też tygiel pełen emocji, pomysłów i idei? Po drugie - czy zielonogórskie instytucje kultury prowadzą dialog z mieszkańcami miasta, a jeśli tak, to wokół jakich problemów i idei? Po trzecie - jak miasto powinno wspierać kulturę, aby połączyć niezależność wypowiedzi z bezpieczeństwem publicznych pieniędzy?

Wojciech Kozłowski (dyrektor Biura Wystaw Artystycznych) – To pytanie nie do mnie, raczej do tych, którzy naszą działalność odbierają. Nie chcę oceniać moich kolegów, bo mi nie wypada. Mogę co najwyżej stwierdzić, że nie czuję się prowincjonalny.

Piotr Maksymczak – A gdyby jakiś zagraniczny inwestor poprosił o fachową ekspertyzę, to co mu doradzisz?

Wojciech Kozłowski – Na moje szczęście nikt mnie nie prosi o taką opinię.

Czesław Fiedorowicz (naczelnik Wydziału Infrastruktury Społecznej Urzędu Miasta) – Każde miasto, które ma status miasta wojewódzkiego, musi spełniać pewien ściśle określony standard. W ten sposób miejski tygiel jest wypełniony różnorodnością form kultury. Nie musimy mieć kompleksów. Jest niewiele form, które u nas są nieobecne. Moje osobiste obserwacje są pozytywne. Np. na berlińskich targach ITB pytano mnie o koncerty w klubie „Kotłownia”. I to Niemiec pytał. Ja również nie chcę oceniać zielonogórskich instytucji kultury, bo jako urzędnik w roli oceniającego występować nie powinienem, wszak tylko wykonuję zadania, za co mi płacą.

Przy okazji chciałbym zapowiedzieć, że na najbliższej sesji Rady Miasta padnie propozycja organizacji zielonogórskiego festiwalu kabaretowego.

Ks. dr Andrzej Draguła (publicysta i recenzent teatralny) – Chciałbym zastosować taki podział: kultura importowana i kreowana na miejscu. Co do importowanej, to można mieć zastrzeżenia, choć spektrum jest szerokie. Jeśli chodzi o kulturę kreowaną na miejscu, w Zielonej Górze, to mamy filharmonię, teatr, kabarety. Wydaje mi się jednak, że zielonogórskie zagłębie kabaretowe to już głównie odcinanie kuponów od przeszłości. Ogólnie mogę stwierdzić, że oferta kulturalna generowana w Zielonej Górze jest nieadekwatna do potencjału, jaki to miasto posiada. Są miasta o podobnej strukturze społecznej, nawet bez ośrodków uniwersyteckich, ale mające żywsze życie kulturalne.

Aleksander Bruno-Kieć (4 Róże dla Lusienne) – Na pewno nie jesteśmy prowincją. Jesteśmy dobrze postrzegani w Polsce. Mówię to na podstawie wysokiej oceny przede wszystkim zielonogórskich klubów. Do Zielonej Góry przyjeżdżają szefowie różnych „alkoholowych” firm i mówią, że zazdroszczą nam naszych klubów. Każdy ma inną charyzmę, inną stylistykę i inny program. I to w momencie, gdy w dużych ośrodkach życie klubowe zaczęło się już spłycać.

Konrad Stanglewicz (Radio Zachód) – Może to są komplementy na wyrost, bo przecież jesteście klientami branży „alkoholowej”.

Aleksander Bruno-Kieć – Ja ze swego podwórka mogę tylko powiedzieć, że w Zielonej Górze wręcz wrze od pomysłów rodzących się w środowiskach niezależnych od polityki i biurokracji. Czy tak samo jest w instytucjach kultury zależnych od samorządu, to całkiem inna sprawa, ale śmiem wątpić.

Mirosław Gancarz (Klub Studencki „Kotłownia”) – To nie są komplementy na wyrost. O jakości oferty kulturalnej oferowanej przez zielonogórskie kluby świadczą bywalcy. Ich nie trzeba spędzać na siłę. Sami przychodzą. Inaczej z imprezami oficjalnych placówek kultury. Z badań przeprowadzonych przez zespół prof. Kargula jasno wynika, że oferta samorządowych domów kultury prawie w całości podporządkowana jest gustom samorządowej władzy i dyrektorów. Jak burmistrz lubi orkiestry dęte, to dom kultury oferuje tylko koncerty i próby muzyczne. Jak gustuje w estradzie, to oczekuje tylko pioseneczek. Tam nie ma mowy o dialogu.

Maria Dokowicz (zastępca dyrektora Regionalnego Centrum Animacji Kultury) – Tak na marginesie: w zielonogórskich mediach najchętniej atakuje się tych, co coś w ogóle robią. Wystarczy nic nie robić i mieć z dziennikarzami święty spokój. Wracając do pierwszego pytania - Zielona Góra na pewno nie jest prowincjonalna. Na pewno nie jest też awangardą w skali kraju, nie dzieją się tu rzeczy wielkie, ale pozytywne i solidne, np. działają zespoły amatorskiego ruchu artystycznego, które na rynku ogólnopolskim wiele znaczą z powodu jakości artystycznej.

Prof. Edward Hajduk (filozof i socjolog kultury, Uniwersytet Zielonogórski) – Gdybyśmy zapytali: czy w Zielonej Górze są twórcy kultury symbolicznej, to pewnie odpowiedź na takie proste pytanie będzie twierdząca. Natomiast na pytanie - czy są tu generowane dzieła kultury symbolicznej, które wchodzą do obiegu i są promowane przez media ogólnopolskie - będzie nam już znacznie trudniej odpowiedzieć. Co prawda mamy twórców dzieł kultury muzycznej, mamy twórców dzieł kultury plastycznej, natomiast czy są oni wypatrywani w innych środowiskach, szczególnie w metropoliach, czy ich dzieła są tam oglądane, słuchane i czytane? To jest dla mnie miarodajna ocena życia kulturalnego Zielonej Góry.

Drugie spojrzenie – czy do Zielonej Góry chętnie przyjeżdżają pisarze, kompozytorzy, twórcy dzieł plastycznych i kabaretowych? Miarą znaczenia każdego miasta jest gotowość znanych twórców kultury do prezentowania w nim swoich dzieł. Jak ktoś wystawia operę w Mediolanie lub w Nowym Jorku, to fakt ten ma większe znaczenie niż prezentacja tej samej opery w Warszawie. Nie chciałbym Warszawie odbierać jej pozycji, ale takie są miary znaczenia. Czy Zielona Góra jest atrakcyjna dla twórców z innych ośrodków?

Ks. dr Andrzej Draguła – Kultura czasem musi bawić. Jest też kultura, która nie powinna tylko bawić, lecz także uczyć. Przykładem nasz Teatr Lubuski, który ostatnio tylko bawi, i to w dość marnej konwencji, a w ogóle nie podejmuje dialogu z widzem, tak jak dialog taki podejmuje teatr legnicki. Tam teatr jest ekranem dla rzeczywistości. Trudno, żeby ekranem była filharmonia, bo ma zupełnie inne cele, aczkolwiek też mogłaby przedsięwziąć coś w tym kierunku. Takim ekranem mogłyby być np. sceny amatorskie, choć nie wiem, czy są.

Mirosław Gancarz – Jak nie ma polityki kulturalnej państwa, tak nie ma zielonogórskiej polityki kulturalnej. Prywatnemu przedsiębiorcy, prowadzącemu prywatny klub, jeśli nawet ma duże ambicje i chce prezentować ofertę kulturalną „na wysokim poziomie”, nie jest łatwo, bo w Zielonej Górze na kulturze „wysokiej” nie zarobi. Organizacja wydarzenia kulturalnego bez wsparcia ze strony miasta, choćby w postaci ulg przy rozwieszaniu plakatów na komunalnych słupach ogłoszeniowych, to doprawdy karkołomne przedsięwzięcie.

Piotr Pudłowski (prezes zarządu spółki GAZSTAL) – Z perspektywy czasu widać, że poprzedni system uśpił artystów. Byli dotowani i niekoniecznie dotacje były proporcjonalne do ich talentu. Na Zachodzie nawet wzięty malarz pracuje jako wzornik sztuki użytkowej. Tak samo jest w innych dziedzinach, ale patrząc na SKY Piastowskie czy kabarety, mogę powiedzieć, że ostatnio coś się naprawdę dobrego dzieje w naszym mieście.

Wojciech Kozłowski – Przede wszystkim nie traktujmy odbiorcy jak monolitu. Nie ma jednorodnego odbiorcy kultury, który chodzi i na imprezy jazzowe, i do teatru, i na wystawy, i do kina, i jeszcze czyta codziennie jedną książkę.

Ks. dr Andrzej Draguła – Zanim zastrzelimy media lokalne za brak informacji o zielonogórskich inicjatywach kulturalnych, zapytajmy najpierw, czy kultura zielonogórska dba o własny PR. Może kultura zielonogórska nie potrafi się sprzedać, bo uważa, że jest świetna?

Aleksander Bruno-Kieć – Nie powiedziałem, że jest świetnie. Mnie przeraża właśnie takie podejście: u nas jest bardzo dobrze, genialnie, fajnie. Podchodząc w ten sposób, zaczynamy się cofać. Tak naprawdę mamy dość ciężką sytuację ze względu na brak pieniędzy. Staramy się prowadzić społeczny dialog, analizować to, co ludzie mówią; choć realizujemy też „płytsze” działania, bo sądzę, że nasza rola polega również na wychowywaniu widza.

Piotr Maksymczak – Wokół czego próbujecie ogniskować dialog?

Aleksander Bruno-Kieć – Ostatnio uczestniczyliśmy w Czwartym Objazdowym Festiwalu Praw Człowieka. W ciągu roku robimy cztery tego typu duże akcje. W tej chwili są u nas dwie galerie: fotograficzna i plastyczna. Wystawiamy prace, których nie wolno prezentować w innych miejscach, czyli walczymy o wolność wypowiedzi.

Piotr Pudłowski – Dialog w kulturze zaczyna się wraz z biletem Narodowego Banku Polskiego. Miernikiem jest, za co ludzie gotowi są zapłacić.

Aleksander Bruno-Kieć – Odpowiem panu Pudłowskiemu. W piątek o godz. 22 na deptaku było 250 osób na koncercie jazzowym. Wstęp był wolny. Podchodzili ludzie, dziękowali i mówili, że nie poszliby na płatny koncert, bo ich od wielu lat nie stać.

Konrad Stanglewicz – Nie wiem, czy zwróciliście uwagę na tekst w „Polityce”, który na marginesie warszawskich problemów z Paradą Równości przedstawił ciekawą myśl: kultura sprzyja innowacyjności, a innowacyjność jest jednym z ważniejszych warunków rozwoju miasta, w tym i Zielonej Góry. Czy w związku z tym nasze miasto nie powinno znacznie więcej inwestować w szeroko pojętą kulturę? Podam przykład Dablina. Kiedyś zapyziały, prowincjonalny, niekreatywny. Dziś dzięki upustowi podatkowemu pielgrzymują doń artyści, bo tam żyje im się lepiej i taniej, a ich aktywność artystyczna przekłada się na rozwój gospodarczy.

Prof. Edward Hajduk – Niektórzy amerykańscy uczeni upowszechniają pogląd, że kultura jest napędem gospodarki. Wskazują na przykład Korei Południowej i Ghany. W 1960 oba te kraje były mniej więcej w podobnej sytuacji ekonomicznej, a dziś są skrajnościami.

Konrad Stanglewicz – Pan profesor przeszedł już do pytania o relacje pomiędzy władzą samorządową i kulturą lokalną. Ciekaw jestem, czy w Urzędzie Miasta i w Ratuszu jest świadomość istnienia tej ścisłej zależności, o której mówił prof. Hajduk.

Artur Łukasiewicz (Gazeta Wyborcza) – Gdy zajrzymy do drugiego obiegu kultury, to zobaczymy, że zielonogórzanie nagrywają całkiem przyzwoite płyty i ja chciałbym tych zielonogórzan zobaczyć na miejskim festiwalu „Lato Muz Wszelakich”. Tymczasem dla nich miejsca nie ma, natomiast jest miejsce dla chałtury w rodzaju występów Ireny Jarockiej czy festiwalu im. Anny German. Mam wielki żal do ludzi, którzy dysponują publicznymi pieniędzmi i twierdzą, że je dobrze inwestują – tymczasem inwestują je w chałtury.

Czesław Fiedorowicz – Najpierw odpowiem Arturowi Łukasiewiczowi: Zielona Góra jest za duża, by wiedzieć, co się w każdym miejscu dzieje. Chodzi o to, by ci zdolni ludzie powiedzieli, że istnieją, zwrócili się po pieniądze publiczne wtedy, gdy je dzielimy w sposób jednolity. Nie ma już uznaniowego rozdawania.

Najważniejszym zadaniem Lata Muz Wszelakich jest pokazanie, że centrum miasta może intensywnie żyć w czasie letniego wypoczynku. Musimy pamiętać, że Jarocka też ma swoich zwolenników, musimy to uszanować. W Zielonej Górze nie ma zmowy przeciwko nowatorskim formom, ale jeśli te muzyczne zespoły rzeczywiście są tak dobre, to dlaczego, Artur, nie zgłosiłeś ani jednej osoby do stypendiów kulturalnych miasta?

Artur Łukasiewicz – W Zielonej Górze powstało superministerstwo, co się nazywa Zielonogórski Ośrodek Kultury. Jest to lokalna alfa i omega, która arbitralnie decyduje o tym, kto ma być dotowany publicznymi pieniędzmi w naszym mieście. Festiwal „Lato Muz Wszelakich” kosztuje 350 tys. zł. Podobny festiwal we Wrocławiu trwać będzie tylko dwa tygodnie, ale za milion zł. Jestem pewien, że cały Wrocław i pół Polski zobaczą ten festiwal, bo to są świetnie zainwestowane pieniądze w promocję miasta.

Piotr Pudłowski – Przypomniał mi się dowcip rysunkowy Mleczki: po zmianach w Polsce jedzie kabriolet, wewnątrz pan z cygarem i dwie dziewczynki, obok maszeruje pan w kufajce i bereciku. Podpis – jedzie nowe, stare idzie. Tak mi się ta wasza wymiana zdań kojarzy.

Artur Łukasiewicz – Panie Piotrze, gdyby nie było w Zielonej Górze państwowego teatru, to co tydzień miałby pan do wyboru po pięć premier, dużo lepszych i tańszych od obecnych.

Aleksander Bruno-Kieć – Pan naczelnik Fiederowicz mówi, że zielonogórscy urzędnicy starają się zrozumieć twórców i animatorów kultury. Otóż nie. Urzędnicy całkiem inaczej traktują tzw. placówki publiczne, a inaczej obywatelskie inicjatywy oddolne i tzw. knajpiarzy. Zacytuję kilku magistrackich urzędników: „Kluby animujące kulturę może są w Krakowie, Gdańsku czy Warszawie, ale w Zielonej Górze są tylko knajpy”. Kolejny przykład: „Pan składa podanie o dotację? Powinien się pan wstydzić, ponieważ chce pan zrobić koncert tylko po to, żeby zwiększyć sprzedaż piwa”. Według mnie urzędnicy komunalni powinni wreszcie się zdecydować, które przedsięwzięcia kulturalne są wizytówką miasta, a które nie. Co jest bardzo ważne, co mniej, a co bez znaczenia. W ślad za tym niech wreszcie Urząd Miasta uruchomi przejrzysty system grantów i przestanie litować się nad stowarzyszeniami, które wydadzą jedną książkę w nakładzie 100 egzemplarzy. Zacznijmy się zastanawiać nad sensownością wydawania każdej złotówki.

Piotr Maksymczak – Kto miałby opracować zręby polityki kulturalnej miasta?

Aleksander Bruno-Kieć – Może trzeba powołać kapitułę, która się będzie tym zajmowała?

Mirosław Gancarz – Nie zgadzam się ani na kapitułę, ani na superministerstwo kultury, o którym wspomniał Artur. To się nie uda. Wspólnie z Brunem braliśmy kiedyś udział w przedsięwzięciu pt. „Rada ds. Kultury przy Prezydencie Miasta” [za czasów prezydenta Zygmunta Listowskiego]. Szybko wypisałem się z tej Rady, ponieważ istniała jedynie na pokaz. Podam przykład: przy negatywnej opinii całej Rady, Urząd Miasta i tak zrealizował dużą i bardzo kosztowną imprezę.

Zamiast rozwiązań fasadowych wolę rozwiązania systemowe. Dlaczego kluby, firmy prywatne czy tzw. prywatne instytucje kultury mają płacić miastu po 600-700 zł za rozlepienie afiszy, gdy plakaty te reklamują niekomercyjne imprezy?

Czesław Fiedorowicz – Urzędnicy marzą tylko o jednym, jak trafić w gusta i oczekiwania...

Konrad Stanglewicz – ...przełożonych czy mieszkańców?

Czesław Fiedorowicz – Mieszkańców.

Konrad Stanglewicz – Na pewno mieszkańców?

Czesław Fiedorowicz – Ja wolę wypowiadać się tylko za siebie. W każdej dziedzinie, także i w kulturze, trzeba dojść do rozsądnego konsensusu. I niech ci, którzy są odpowiedzialni za kulturę, starają się dobrze wykonywać swoją pracę. Uważam, że urzędnik powinien mieć jak najmniejsze pole manewru, bo na koniec rozmowa zawsze zboczy na temat pieniędzy. Są różne źródła zasilania finansowego, które lepiej lub gorzej wykorzystujemy, ale na pewno nie można pomóc temu, kto się po pomoc nie zwraca.

Konrad Stanglewicz – A jak się zwraca i słyszy taką odpowiedź jak Aleksander Bruno?

Czesław Fiedorowicz – Jestem zielonogórskim urzędnikiem dopiero od kilku lat. I to ja zorganizowałem spotkanie z udziałem przedstawicieli tak ważnej dziedziny życia miasta, jaką jest gastronomia. Pytałem, jakie są ich oczekiwania i teraz powoli realizujemy pewne pomysły. Pamiętajmy też o innych źródłach. Euroregion Szprewa-Nysa-Bóbr dzieli niemałe pieniądze, dotychczas ponad 4 mln euro, które niemal w połowie poszły na kulturę.

Trudno powiedzieć, dlaczego jedni zgłaszają się po pieniądze, a inni nie. Zasady w Urzędzie są bardzo czytelne. Od tego roku mamy jasne zasady podziału funduszu grantowego. Ci, którzy nie otrzymali grantu, są informowani o powodach odrzucenia wniosku.

Piotr Maksymczak – Wydawca miesięcznika Puls nie otrzymał żadnego wytłumaczenia.

Czesław Fiedorowicz – Ale w przypadku zielonogórskiej polityki kulturalnej warto podkreślić, że w tej dziedzinie trudno określić, co jest, a co nie jest priorytetem. Nie mówiliśmy np. o zielonogórskich plastykach. A ich dorobek jest całkiem niezły, z tym że nie potrafią się przebić. Czy tylko oni są temu winni, czy może raczej Urząd ma coś zrobić?

Wojciech Kozłowski – Chcę uspokoić pana naczelnika, że całkiem nieźle jest, jeśli chodzi o naszych plastyków, ponieważ spokojnie sobie funkcjonują na przygranicznych imprezach plastycznych - czy to w Berlinie, czy to we Frankfurcie.

Prof. Edward Hajduk – Myślę, że tu zarysowuje się odmienne spojrzenie na funkcję rynku, jeśli chodzi o dzieła kultury symbolicznej. Skłonny byłbym zostawić samorządowi trochę możliwości decydowania. Przykład w skali makro: Chór Aleksandrowa jest znakomitą wizytówką rosyjskiej kultury współczesnej. Bogusław Kaczyński ma zasadną pretensję do prezydenta RP, że zespół Mazowsze taką wizytówką nie jest. Stąd pytanie – ile państwa w kulturze, ile samorządu, a ile rynku. Ślepa wiara w ozdrowieńczy wpływ rynku na kulturę symboliczną budzi u mnie wątpliwości.

Mirosław Gancarz – Wrócę do wypowiedzi profesora Hajduka. Jestem aktywnym członkiem tzw. lubuskiego zagłębia kabaretowego i już dawno zorientowałem się, że kiedy zbliżają się wybory, natychmiast w mediach pojawiają się głosy polityków, że zielonogórskie zagłębie kabaretowe trzeba wspierać i robić różne fajne imprezy, np. scenę kabaretową itd. Poczym mija kadencja i znów słychać szumne zapowiedzi.

Wybór i opracowanie: Piotr Maksymczak
Wypowiedzi nieautoryzowane
{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci