Duże jest ciężkie Drukuj Email
Redaktor: Katarzyna Maksymczak   

Nie chciałbym łączyć się z innymi firmami – mówi Leszek Jarząbek, właściciel Przedsiębiorstwa Budowlano-Produkcyjnego Ekonbud - Fadom. Na razie radzę sobie sam. Duże jest ciężkie. My Polacy, nie mamy gotowości do kompromisów. Jeszcze nie rozumiemy mechanizmów współpracy. Widać na przetargach jak firmy budowlane wzajemnie się zwalczają. Obserwuję z boku poczynania moich kolegów z branży i słyszę kłótnie i ciągłe dyskusje. Przez to proces podejmowania decyzji jest i długi, i... kosztowny.

Firmy budowlane od dawna dostają cięgi. Kurczą się zamówienia publiczne, coraz trudniej o zlecenia. Leszek Jarząbek nie sądzi, by proces „czyszczenia rynku” spowodował konsolidację sił. Słyszał, że trzy znane firmy utworzyły konsorcjum, ale czy na stałe? Nie sądzi. Od 1990 roku prowadzi przedsiębiorstwo sam. - I tak jest dobrze – twierdzi. Dlaczego? Żeby było szybciej. Dyskusje opóźniają decyzje.

Siedzimy w biurze Ekonbudu w centrum Zielonej Góry. Kilka pokoi: sekretariat, gabinet szefa i pomieszczenia dla klientów. Wystarczy. – U mnie tak jest od początku – dowodzi Jarząbek. Niech pani spojrzy na moje biuro. Zatrudniam panią, która przyjmuje korespondencję, kontroluje przelewy, wypisuje faktury. Druga osoba jej pomaga, a trzecia sprzedaje mieszkania. – A gdzie księgowość, wyprowadzona na zewnątrz? Nie, bo nigdy jej nie wprowadzałem do firmy. Naszą księgowość obsługuje biuro prawne.

- Czy minimalna administracja i jednoosobowe zarządzanie to recepta na przetrwanie kryzysu? Szef Przedsiębiorstwa Budowlano-Produkcyjnego nie odpowiada wprost. - Niektórzy zarzucają mi, że nie zatrudniam 300 ludzi. Wolę inny system. Moja załoga liczy ponad 120 osób. Poza tym, od kilku lat pracuje ze mną stała grupa podwykonawców. Właściciele małych firm, gdy mają poczucie własności, pracują wydajniej. Są punktualni i obowiązkowi. Możemy blok postawić w cztery miesiące. Tak też bywało. Gdybym zatrudniał sam 200 ludzi, to by się nie udało.

Jarząbek przyznaje, że w Zielonej Górze jest za dużo firm budowlanych. Co z nimi będzie? - Zdecyduje prawo natury – ocenia surowo. Kto przetrzyma kryzys, ten zostanie?.. Przed dziesięcioma laty pracowałem wraz z 1200 osobami w przedsiębiorstwie „Nadodrze”. Firma się rozpadła, a ludzie poszli gdzie indziej. Część do mnie, część do Komunalnika, do Inter-Inbudu i do innych. Dziś sytuacja na rynku wygląda gorzej. Wiem, że będą problemy z bezrobociem. Ciągle jesteśmy na etapie rynku dopasowującego się do gospodarki.

- Ile firm budowlanych zostanie na lokalnym rynku? – Nie wiem. Ale jeśli mam dobre rozeznanie, to chyba ze trzy.

Zosia Samosia

Jarząbek nie wybudował biurowca. Nie ma złotych klamek ani palmy w gabinecie. W zamian kupił fabrykę, żeby produkować prefabrykaty. Kupił ziemię, żeby budować osiedle. Założył spółkę z Urzędem Miasta i kościołem ewangelickim, żeby wybudować wielopiętrowy parking. Dodatkowo buduje mieszkania dla Komunalnego Towarzystwa Budownictwa Społecznego. W Zgorzelcu i w Wolsztynie stawia bloki.

Ma kilka źródeł dochodu. Choć zastoje w płatnościach są duże, dywersyfikacja wpływów pozwala na płynność finansową. Jarząbek współczuje firmom czekającym na przelew od jedynego inwestora. Wie, że brak wpływów szybko może wyłożyć każdą firmę. Potwierdza, że są firmy, które działają tak: włączą komputer i szukają zleceń w internecie lub w biuletynie zamówień publicznych. Startują w przetargach. Czekają na efekty. Łudzą się, że właśnie do nich uśmiechnie się los. Po ogłoszeniu wyników są załamani, ale stratują w następnym przetargu i znowu mają pół roku nadziei.

Właściciel Ekonbudu właśnie dlatego kupił fabrykę domów w Nowogrodzie Bobrzańskim, by nie liczyć na zlecenia z przetargów. Zakład jest duży. Choć Jarząbek nie wykorzystuje całej, 10 tysięcznej hali, to fabryka przynosi zyski. Jest zbyt obszerna, by ją rozwijać i modernizować. Nie pracuje tu, jak dawniej, 700 osób na trzech zmianach, tylko 60 na jedną. Ale elementy nie zalegają na placach. Sprzedawane są od ręki. Tyle, ile rynek gotowy jest wchłonąć. Część kupują Niemcy, pod konkretne zamówienia, choć niewielkie. Z tych elementów powstaje też osiedle przy ul. Botanicznej w Zielonej Górze. Leszek Jarząbek, niczym Zosia Samosia, sam kupił teren, sam buduje mieszkania i sprzedaje. Mówi: mam trzy w jednym.

Taki system na Zachodzie jest jak bułka z masłem. Zawsze przynosi właścicielowi zyski. Można spać spokojnie i nie martwić się o przyszłość. Tam ludzie mają stabilne dochody i mogą kupić mieszkanie czy dom na raty, nie dbając zbytnio o wysokość kredytu. Ważne, by rata nie przekroczyła jednej trzeciej miesięcznej wypłaty. - W Polsce - tłumaczy Jarząbek - wciąż dyskutujemy o oprocentowaniu, ale nie w nim tkwi główny problem.

Szef Przedsiębiorstwa Budowlano-Produkcyjnego, mimo spokoju na twarzy, niepokoi się o jutro. Dwadzieścia mieszkań na jego osiedlu stoi pustych. Około 230 wybudował i sprzedał w ciągu roku. Ale założył, że postawi 700 lokali. Nadal twierdzi, że tego dokona, choć budowa rozłożona będzie w czasie. Tak, jak podyktuje rynek. Ten sam rynek dyktuje umowy z klientami. Niektórzy kupują, inni wynajmują. - Jakie daję warunki? Różne, takie, aby wytrzymał lokator i abym wytrzymał ja – odpowiada.

Za dużo mieszkań

Właściciel Ekonbudu ocenia, że Zielona Góra jest przepełniona mieszkaniami. Budują spółdzielnie: Zielonogórska, Zacisze, Zastalowska, kilku developerów, ja, zaczął budować też pan Zarzecki na osiedlu Pomorskim. Oczywiście, jest Skarbonka, KTBS-y. Mieszkań mamy naprawdę dużo. Wszystko jest w stanie wchłonąć miasto. Potrzeby sięgają 3,5 tys. Dziś tych mieszkań nie ma. Mogę zacząć budować następny budynek na Botanicznej, ale nie buduję. Czekam.

Twierdzi, że nigdy nie zakładał błyskawicznego wzrostu dochodów i szybkiego rozwoju firmy. Nie roztaczał przed sobą wizji wielkich perspektyw. Starał się i nadal stara tak poprowadzić firmę, aby powoli piąć się w górę.

Choć na razie ma zadania na lokalnym rynku, myśli o przyszłości. Wschód? Za daleko. Elementy budowlane są zbyt ciężkie. Bardzo podrażają koszty transportu. Bliżej wschodniej granicy są inne firmy produkujące elementy budowlane. Za Odrą? Tak. Choć tam również nie jest łatwo. Ale to na razie jedyny możliwy kierunek rozwoju. W listopadzie ma umówione spotkanie z niemiecką firmą w fabryce w Nowogrodzie Bobrzańskim. Nie liczy na wiele. Wie, że według statystyki na 100 spotkań tylko jedno przynosi wymierne efekty.

Do gabinetu wchodzi kobieta. Twarz Leszka Jarząbka natychmiast rozjaśnia uśmiech. – To moja żona – przedstawia. Pracuje pani razem z mężem? Od 15 lat – wtrąca mężczyzna. – Konkretnej roli nie mam, ale uczestniczę we wszystkim – wyjaśnia pani Elżbieta. Mam pojęcie o każdym ruchu w firmie. Strategiczne decyzje podejmujemy wspólnie. Mogę powiedzieć, że jestem szyją w firmie, a wszystkim zajmuje się mój mąż, bo on się zna, ma przygotowanie zawodowe. A kto w domu trzyma pilot? Mamy partnerski układ w domu i w pracy – podkreśla Leszek Jarząbek. Pani Elżbieta dodaje – Tym bardziej, że mamy dwa telewizory...

Katarzyna Maksymczak
PULS nr 39, listopad 2001

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci