Dlaczego Polacy nie głosują? Drukuj Email
Redaktor: Lech Szczegóła   

Posłowie lubuscy reprezentują 775 tysięcy obywateli. Panu Krzysztofowi Bosakowi do uzyskania tego zaszczytu wystarczyło 3.764 głosów. Poparło go 0,5% Lubuszan. Podstawowe zasady demokracji przedstawicielskiej: reprezentacja i związana z nią odpowiedzialność przed wyborcami są w Polsce fikcją.

Absencja wyborcza stanowi stały wątek dyskusji, jakie podsumowują każdą kolejną polską elekcję. Jest to problem tak często komentowany, że temat stał się rytualny, a jego wagę przesłania powtarzalność wniosków. Warto od razu przypomnieć, że od 1990 roku w wolnej Polsce odbyło się (wraz z tegorocznymi) już 14 wyborów: 4 prezydenckie, 5 parlamentarnych, 4 samorządowe, 1 do europarlamentu oraz 3 referenda. A licząc jeszcze drugie tury w wyborach prezydenckich, Polacy byli przez te lata „wzywani do urn” już 20 razy.

Już sama liczba może rodzić znużenie. Należy jednak zwrócić uwagę, że absencja zaznaczyła się od samego początku, kiedy wolne wybory mogły jeszcze stanowić „atrakcję” po niby-wyborach z czasów PRL. Jedynie w elekcjach prezydenckich, a praktycznie tylko raz w 1995, kiedy rywalizowali Kwaśniewski i Wałęsa, frekwencja osiągnęła „przyzwoity” poziom (I-tura 65%, II-tura 68%). W historycznym referendum europejskim wskutek olbrzymiej presji medialnej i „rozciągnięcia” go na dwa dni udało się uzyskać ledwo 59%. Rekordowo niska frekwencja w ostatnich wyborach parlamentarnych i zapewne niewiele, może o 10%, wyższa w prezydenckich (artykuł oddałem do druku 5 października) znowu wywołała powszechny lament nad fenomenem wyborczej absencji uznawanym nie do końca trafnie za istotną słabość polskiej demokracji.

Czy można powiedzieć w tej kwestii coś nowego, co umyka formułowanym ad hoc i zawsze w tym samym tonie komentarzom? Od lat obracamy się w sferze tych samych ocen mówiących, że jest to wyraz votum nieufności wobec klasy politycznej a generalnie jest źle, bo w „normalnej” demokracji ludzie powinni głosować. Sadzę, że tak chętnie używane przez wzywających do udziału w wyborach słowo „obowiązek” jest jednak nie na miejscu. Jest to - skądinąd cenne – prawo obywatelskie i to wolny obywatel sam powinien decydować: czy i jak chce z niego korzystać. I nie zmienia tego fakt, że kilka europejskich państw (Belgia, Austria, Grecja, Luksemburg) rzeczywiście nadało głosowaniu postać prawnego obowiązku.

W Polsce słowo „obowiązek” jawi się jako relikt komunistycznej przeszłości i fałszuje problem. Skłania potencjalnego wyborcę do z góry źle postawionych pytań - wobec kogo lub czego jest to obowiązek? Wobec państwa, które marnie wywiązuje się ze swoich wobec nas obowiązków? Komu i po co potrzebna jest wysoka frekwencja? Żeby nasza demokracja lepiej wyglądała na zewnątrz? Żeby politycy myśleli, że są tak ważni, jak im się to wydaje?

Te pytania są odruchową reakcją w społeczeństwie, które przez sporą część swojej historii trenowało się, jak nielubianej władzy „zrobić na złość”. W czasach PRL bojkot wyborców był jedną z nielicznych form legalnej, niekaralnej demonstracji sprzeciwu wobec „systemu”. Nawyk pozostał. Zgoda, że w nowej rzeczywistości jest on nieracjonalny, po prostu głupi. Ale nawyki trzeba zmieniać, a nie walczyć w sposób, który sugeruje, że korzystanie z praw i wolności jest w demokracji obowiązkowe. Słowo obowiązek prowokuje w Polsce wręcz do niechodzenia na wybory. Zwłaszcza tych, którzy są mocno rozczarowani jakością rządu, elit, państwa etc. Działa tu prosty mechanizm psychologiczny: jeżeli „im” tak na frekwencji zależy, to osoby z „ich” stylu uprawiania polityki niezadowolone uzyskują dobry – w swoim subiektywnym mniemaniu – powód, by na wybory nie chodzić.

Dyskusja nad absencją wyborczą kamufluje fakt, iż tylko część nieobecnych przy urnach kieruje się intencją protestu wobec sposobu działania państwa i obsługującej jego instytucje klasy politycznej. Polska absencja ma swoją wyraźną, coraz lepiej widoczną w świetle badań socjologicznych strukturę. I motyw rozczarowania demokracją nie odgrywa w niej wcale roli dominującej. Taką dominantą jest natomiast postawa obojętności wynikająca z braku zainteresowania a w naturalnej tego konsekwencji – braku orientacji w tym: na kogo i po co głosować.

Przełomowe dla wyjaśniania zachowań wyborczych prace amerykańskich badaczy (Downsa, Verby, Lipseta) – stymulowanych zresztą podobnie niskimi jak u nas wskaźnikami frekwencji w USA – pokazują dość jednoznacznie, że udział w wyborach to z punktu widzenia wyborcy pewien koszt, rodzaj transakcji, która powinna przynosić określone realne lub symboliczne zyski. Głosują ci, którzy mają wiedzę pozwalającą im sądzić, że sukces partii lub kandydata X (albo porażka partii lub kandydata Y) są dla nich korzystne. Aby dostrzec owe korzyści niezbędna jest kompetencja w sprawach polityki wykraczająca poza czysto telewizyjny jej obraz, będący głównym źródłem wiedzy dla 90% Polaków.

W tym sensie najbardziej rozległa część naszego elektoratu to wyborcy po prostu leniwi. Szkoda im czasu, by polityką się interesować i wysiłku intelektualnego, by ją zrozumieć. Fenomen ten tłumaczy np. zawsze wyższą w Polsce frekwencję w wyborach prezydenckich, które – jako wybór pomiędzy kilkoma powszechnie znanymi osobami, ich wizerunkami – są dla średnio 3 milionów Polaków łatwiejsze poznawczo.

Leniwi wyborcy nie idą na wybory czy referenda wcale nie z krytycyzmu wobec elit. Owszem, akceptują oni pogląd, że polityka to bagno, świat afer i korupcji, ale też ten „tani” – łatwo dostępny - pogląd nie jest w ich przypadku powodem absencji, ale stanowi jedynie alibi, uzasadnienie własnej pasywności. Brakuje im chęci bądź kompetencji, by rozróżnić, którzy politycy owe bagno nawożą, którzy z niego żyją, a którzy próbują je osuszać. Mają poglądy o polityce, ale nie mają poglądów politycznych. Operują tylko słabo skrystalizowanymi wyobrażeniami o tym, co państwo i politycy powinni robić. Sobie rezerwują prawo recenzowania tych działań, co w polskiej praktyce oznacza – narzekanie.

Absencja jest z ich prywatnego oglądu wyborem racjonalnym, swoistą oszczędnością. Wszak sondaże pokazują, że nie grozi zwycięstwo partii radykalnych i że - z drugiej strony – nawet bez ich udziału wybory przyniosą wymianę rządu na nowy (może lepszy), a subtelności kryjące się np. w różnicy pomiędzy PO i PiS są dla nich bez znaczenia. Czy jest sens nakłaniać do głosowania osoby, które nie mają do tego motywacji ani się tym nie interesują? Z politologicznego punktu widzenia na pewno nie. Leniwi wyborcy, jeżeli głosują, to w sposób dość przypadkowy, zwykle na liderów sondaży, kandydatów mających najbardziej znane nazwiska lub na tych, którzy mają szeroką (najdroższą) promocję. W Polsce na ich zachowania wpływa wreszcie autorytet i sugestie instytucji kościelnych. Czy o takich wyborców nam chodzi? Jeżeli tak, to istnieją proste metody zachęcające do głosowania. Obok możliwości oddania głosu listownie rysuje się konieczność zmiany ordynacji wyborczej do parlamentu. Mechanizm wyboru posłów jest w Polsce mało przejrzysty i nieracjonalny, co casus posła Bosaka dobrze ilustruje.

W demokracji, a może zwłaszcza w niej, chodzi nie tylko o ilość, ale i o jakość. Wyższa frekwencja nie uczyni naszej demokracji lepszą (może być nawet odwrotnie), a sam fakt udziału w głosowaniu nie czyni człowieka obywatelem. A to nie tyle wyborców, co obywateli – ludzi angażujących się w sprawy „wspólne”, społeczne, lokalne, publiczne (niekoniecznie wprost polityczne) – w Polsce najbardziej brakuje. Zależności pomiędzy obywatelskością a frekwencją tak jak w ogóle związki pomiędzy kulturą a polityką nie są bezpośrednie. W tym sensie wysoka absencja wyborcza, chociaż niewątpliwie coś ważnego pokazuje, to odwraca uwagę od zjawisk bardziej dla kondycji demokracji podstawowych – zakorzenionych w kulturze i w antyobywatelskiej mentalności Polaków, a nie w polityce jako takiej. To już jednak temat na dużo szersze rozważania.

Dr Lech Szczegóła

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci