Spór o hipermarkety Drukuj Email
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Zielonogórski spór o hipermarkety nie ma wymiaru kłótni domowej pomiędzy grupą lokalnych przedsiębiorców, a równie lokalną władzą samorządową. Abstrahując od faktycznych lub tylko sugerowanych skłonności korupcyjnych urzędników komunalnych, spór ten wpisuje się w znacznie szersze i znacznie poważniejsze zjawisko.

Najazd handlowych gigantów postrzegamy jako śmiertelne zagrożenie dla naszej przyszłości. Nie bez racji podkreślamy ich destrukcyjny wpływ na lokalny system powiązań gospodarczych. Z dużą dozą słuszności protestujemy przeciwko „wyprowadzaniu” dochodów do innych miast, najczęściej Warszawy, gdzie zostały zarejestrowane siedziby central handlowych kolosów.

A przecież hipermarkety to więcej niż kilka tysięcy metrów zabudowanej powierzchni. To nawet więcej niż państwo w państwie, które rządzi się własną logiką rozwoju ignorując specyficzne potrzeby lokalnego otoczenia. Hipermerkety to przede wszystkim forpoczta nowej cywilizacji: wydajnej, elastycznej i globalnej, i dlatego o niebo skuteczniejszej od zatomizowanej zielonogórskiej struktury gospodarczej.

I choć przeciwko atrybutom „nowych” natychmiast sformułowaliśmy długą listę naszych, głównie moralnych przewag, to jednak ostateczny wynik wojny znamy od dawna. Paliwem napędzającym machinę handlową są pieniądze klientów. Ci zaś, choć oficjalnie postulują ochronę lokalnego rynku, prywatnie wolą kupować u „obcych”.

Zielonogórzanie w obu swych rolach: i jako nabywcy, i jako przedsiębiorcy, są praktycznie tacy sami. Chcą jak najmniej wydać i jak najwięcej zarobić. Z tego punktu widzenia hipermarkety tylko ujawniły rozmiary egoizmu leżącego u podstaw lokalnych stosunków. Na całe szczęście inwazja hipermarketów uruchomiła również inne procesy. To może zabrzmi dziwnie, ale do najważniejszego zjawiska wywołanego przez hipermarkety nie zaliczam upadku wielu lokalnych firm kupieckich, ale przymusowe narodziny zielonogórskiej klasy średniej.

Zbuntowani przedsiębiorcy, tak gorąco protestujący przeciw polityce gospodarczej miasta, wreszcie zaczynają tworzyć nową jakość na społecznej mapie Zielonej Góry. I choć z powodu ich „rokoszu” pozornie nic się nie zmieniło, bo liczba zarejestrowanych przedsiębiorstw wciąż balansuje wokół tych samych wielkości, to jednak właściciele „zbuntowanych” firm powoli przestają tworzyć grupę, dla której jedynym wyróżnikiem jest chęć osiągnięcia zysku.

Między nimi, dzięki inwazji hipermarketów, zaczyna powstawać nie znana wcześniej sieć powiązań. „Wspólny wróg” pomógł na integrację wokół prostego pytania – kim jesteśmy My, a kim są Oni i reszta świata?. Ten niełatwy proces myślowy już pozwala na dostrzeżenie wspólnoty interesów opartej na znacznie szerszym fundamencie niż towarzysko-rodzinne koneksje. Czytając inicjatorów listu otwartego Lubuskiej Izby Budownictwa do władz Zielonej Góry łatwo zauważyć argumenty dowodzące istnienia jednego organizmu miejskiego. W oparciu o taką klasyfikację źródeł pomyślności Winnego Grodu, zielonogórscy przedsiębiorcy zaczynają głosić ideę powiązania własnych interesów ze strategicznymi interesami całej społeczności lokalnej.

Taką zmianę myślenia śmiało można nazwać zmianą rewolucyjną, bo jeszcze nie tak dawno typowy zielonogórski przedsiębiorca wyznawał filozofię maczugi – albo ja im przywalę, albo oni mi. Teraz z zapałem zaczyna przekonywać, że wystarczy tylko trochę się posunąć, aby na rynku wystarczyło miejsca dla wszystkich...

Widzenie innych poprzez własną gotowość do współpracy uważam za kolejny wyróżnik obecnej bitwy o handel. Właściwie cała retoryka antyhipermarketowego protestu jest wielkim hymnem pochwalnym na rzecz społeczeństwa obywatelskiego. I choć postulat „kupujcie tylko u swoich” zaprawiony jest ziarnem ksenofobii, to jednak warto zwrócić uwagę na jego najważniejsze przesłanie – „współpracujmy ze sobą, bo to nam wszystkim się opłaci”.

Wagę tego ostatniego wezwania podkreśla niemal powszechna niechęć do ręcznego sterowania przestrzenią gospodarczą. Tacy nowi liderzy, jak Arnold Kryściak czy Władysław Piasecki już zdają się rozumieć, że jedyną szansą na zbiorowy sukces jest ucieczka ludzi gospodarki od politycznych zależności oraz ucieczka od poufnych ustaleń, bliższych korupcji niż sztuce kompromisu.

Obie kontestowane metody załatwiania „trudnych” spraw gospodarczych mają te same korzenie. Wedle nich słabszy oddaje się pod „opiekę” silniejszego, kupując przychylność „synowskim” posłuszeństwem. Tymczasem istotnym przejawem ostatniego buntu przedsiębiorców jest zdecydowana niechęć do zdobywania urzędniczej przychylności w taki właśnie sposób. Nasi biznesmeni chcą być pełnoprawnymi partnerami procesu decyzyjnego, bo to przede wszystkim oni, a nie biurokracja miejska, są producentami wpływów finansowych Zielonej Góry.

Ubocznym efektem walki z hipermarketami jest jeszcze inny ważny proces. Po raz pierwszy od dziesięciu lat tak duża grupa zielonogórskich przedsiębiorców zaczęła mówić językiem wartości. Jeszcze niedawno wezwania do działania zgodnego z kategorią dobra publicznego wzbudzały, co najwyżej, uśmiech politowania. Dziś zaczynają zyskiwać prawo obywatelstwa. Tym samym tworzą system znaków, który dla lokalnej klasy średniej odegrać może rolę punktu odniesienia.

Jeśli na końcu tej drogi pojawi się postulat głoszący potrzebę ponownego zdefiniowania sensu aktywności publicznej, to wówczas będziemy mogli być pewni, że oto nadszedł czas pożegnań ze światem partyjnych dominacji. Być może również wtedy nastaną sądne dni dla wielu papierowych organizacji, zawłaszczających prawo przemawiania w imieniu innych. Członkowie budzącego się na naszych oczach społeczeństwa obywatelskiego nie będą widzieli dalszej potrzeby dla funkcjonowania marnych stowarzyszeń, służących za wygodny parawan dla równie marnych polityków.

I wtedy okaże się, które z obecnych organizacji gospodarczych wytrzymały próbę czasu, a które koniunkturalizm i serwilizm miały wpisane w metrykę urodzenia.

Piotr Maksymczak

P.S. Autor zdaje sobie sprawę z postulatywnego charakteru swej wypowiedzi. {moscomment}

 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci