Daleko do San Francisco Drukuj Email
Redaktor: Agnieszka Stawiarska   

Władzom miasta śnią się centra rozrywki i parki wodne, a po Wrocławskiej i Sulechowskiej spacerują kury. Nie mam nic przeciwko tym pożytecznym ptaszyskom, ale mam wątpliwości czy muszą grzebać pazurami akurat po skarpie przy Sulechowskiej - wylotowej ulicy miasta. Przy Wrocławskiej są zresztą te same obrazki.

Zderzenie obwodnicy miejskiej z niewinną kurą traktuję jako przykład dysharmonii funkcjonowania miasta. W tej chwili przejadamy to co udało się stworzyć i rozwinąć w mieście przez lata 90. I coraz nam bliżej do kurzego kupra, ponieważ żadna z ekip rządzących nie uczy się na błędach poprzedniej. Oto obszary po których nasze elity się poruszają.

Chaos

Władza samorządowa w naszym mieście spełnia się w chaosie. Bo jak inaczej określić stan, w którym nie istnieje żadna strategia rozwoju, plan działania i hierarchia potrzeb? Podział miejskiej kasy odbywa się co roku na zasadzie: „warzyła sroczka kaszkę warzyła, jednemu dała troszeczkę...itd.”. I nie wiadomo, czy to że w jednym roku z kasy komunalnej ubędzie o 50 tys. zł na naprawę chodników, to skutek jakiegoś zamysłu czy mechanicznego cięcia, aby „winien i ma” się zgadzało.

Gdyby np. w 1994 roku powstało założenie, że w okresie bożonarodzeniowym Zielona Góra ma wyglądać jak Piąta Aleja. To z tych 50, 30, 10 tysięcy wyjętych z innych szufladek budżetu udałoby się kupić tyle ozdób, że żaden z mieszkańców nawet nie kwiknąłby na temat brzydoty miasta zimą. I nie o kwiczenie tu tylko chodzi, ale o drobne sprawy wpływające na to jak jest postrzegana Zielona Góra i jak się w niej mieszka. Świecidełka, kwiatki, rabatki, fontanny i poidełka mają sens, gdy uzupełniają solidną i planową promocję miasta. Tej nie ma od lat i na pewno nie spełnia tych wymagań biuro promocji powołane przez prezydenta Zygmunta Listowskiego.

A teraz inny przykład chaosu – system sprzedaży działek i nieruchomości w połowie lat 90. miasto będzie odczuwać jeszcze przez wiele lat. Wpłynie on także trwale na jego wygląd. Niech przykładem będzie komplikacja, która pojawiła się przy budowie centrum handlowego Pod Topolami. Sprzedane od strony ul. Boh. Westerplatte garaże nie mogły być wyburzone, więc blokowały naturalne przejście między al. Niepodległości i Westerplatte. Starówkę zagraca wiele komórek, których nie można zlikwidować, bo Urząd Miejski je sprzedał.

Pod młotek poszły tereny w centrum i stały się tylko towarem na rynku wtórnym. Podczas gdy miasto akurat te działki powinno zostawiać sobie jako najsmaczniejsze kąski dla inwestorów, który wybudują to na czym zależy miastu, a nie kolejną stację benzynową. Dziś (jak się to dzieje przy al. Niepodległości koło Teatru) Urząd Miejski nie jest nawet w stanie wymusić na właścicielu działki, aby nie wynajmował jej pod ohydny namiot handlowy.

Po omacku próbuje się poprawić wygląd centrum miasta. Od lat Urząd Miejski zleca architektom koncepcje architektoniczne, a to kwartałów, a to pierzei. Nikt nigdy nie ujrzał realizacji tych pomysłów. Zapłacone, odłożone. I to dobrze zapłacone. Obserwując jak powstały plany rewitalizacji starówki i w jakim przyspieszeniu przedwyborczym jest teraz zrobiona mam złe przeczucia co do efektu. Podejrzewam, że skończy się na odnowieniu elewacji, czasami połączonej z naprawą rynny lub dachu. A np. w środku schody będą próchnieć i gnić stolarka.

Kumoterstwo

Skoro nie istnieje jawny plan, strategia, to wiele decyzji można elastycznie interpretować. Chociażby w handlu gruntami miejskimi. Ponieważ nie prowadzono planowej gospodarki w tej dziedzinie np. pod kątem urbanistyki i architektury, ważny był przez długie lata tylko wpływ ze sprzedaży działek. Można było więc wystawiać na przetarg akurat tę nieruchomość, którą bardzo interesowała się jakaś bliska komuś z kręgu władzy osoba lub firma. Wolny kraj, wolne miasto, ale jednak budzi wątpliwość, że w krótkim czasie ci sami biznesmeni stali się posiadaczami tak dużej ilości gruntów miejskich.

Oto inny kwiatuszek. Zlecenia z Urzędu Miejskiego dla architektów trafiały wielokrotnie do tych samych osób. Każda z ekip rządzących miała swoich ulubieńców. I pewnie długo to jeszcze potrwa, bo jak dotąd nikt nie zakwestionował sensowności tworzenia koncepcji czegoś co przez długie lata nie będzie miało szans realizacji albo w ogóle Urząd zrezygnuje z pierwotnego pomysłu. I znów przychodzi z odsieczą chaos. Przykładem są zlecenia na koncepcje Placu Wielkopolskiego (handlowcy ze Starej Gazowni bronią się w sądzie przed wyrzuceniem z butików), kwartał Matejki (przez wiele lat miasta nie będzie stać na przełożenie instalacji podziemnych), teren przy Starej Cegielni (działki kupił inwestor i zrobił swoje opracowanie).

Śmieszne są tłumaczenia urzędników, że zlecenia mają pokazać jak miasto może wyglądać. Tylko po co, skoro w budżecie nie ma pieniędzy na zaplanowane prace, inwestor jest mrzonką i przede wszystkim, nie wiadomo w jakim porządku ma się odbywać make-up miejskiej architektury.

Kumoterstwa można się doszukiwać i w tym, że Urząd Miejski w dziwny sposób nie może zapanować nad partactwem robót drogowych. Inspektorzy pojawiają się zazwyczaj za późno, a władze uparcie wyjaśniają np., że wypadanie kostki brukowej z ronda to rzecz normalna, bo tam jeżdżą samochody.

Ostatnio moim ulubionym wybiegiem ekipy rządzącej jest np. zapewnianie opinii publicznej, że rozmowy z inwestorami trzeba prowadzić przy zamkniętych drzwiach i bez szumu. I tak dyskretnie władze znalazły grono zielonogórskich biznesmenów zainteresowanych budową Parku Wodnego. Nie wiadomo w sumie na czym władza opierała swoje zaufanie, bo w gronie „wodniaków” są firmy mające albo problemy finansowe, albo nie prowadzące inwestycji na posiadanych od lat gruntach. Widać były jednak powody, znane za zamkniętymi drzwiami. Tam też pewnie tkwi do dziś rzekomy Niemiec, który chciał wybudować hotel na Starej Gazowni.

Władze jego plany odtrąbiły, natychmiast zabrały się do wyrzucania butikarzy i na razie klapa. Sprawa w sądzie, a Niemca nikt nie widział i pewnie nie zobaczy. Niechby i sobie istniał, ale po co robić szum, straszyć wyburzeniami, skoro nie sprawdzony został na wszystkie sposoby stan prawny działek?

Gdy myślę o czystych regułach gry w polityce przypomina mi się historia oscypka i opatentowania jego nazwy w tajemnicy przed góralami przez burmistrza Zakopanego. Burmistrz tłumaczył się, że zapomniał zapytać górali o zdanie i dlatego zrobił to na własne konto. Góralka z Krupówek zripostowała tak: „Zapominać o takich sprawach mogę ja, mały szaraczek, ale nie burmistrz. Bo nie po to siedzi na swoim stołku.” Święta racja.

Dlatego nie może być domysłów opinii publicznej dotyczących decyzji związanych z majątkiem gminy, inwestycjami czy obsadą stanowisk. A jeśli są, zwycięża salonik lokalnego biznesu i polityki nad interesem miasta.

Pycha

Od lat wszelkie konfliktowe sytuacje między Urzędem Miejskim, jego Zarządem a jakąś grupą mieszkańców rozgrywają się według tego samego scenariusza. Najpierw decyzja władzy, potem bunt adresata decyzji, eskalacja wzajemnych gróźb, pat i wreszcie jakiś kompromis. Czego uczy ten schemat? Przekonania, że w mieście niemożliwe jest planowe działanie, a władze samorządowe przeszkadzają np. w biznesie zamiast sprzyjać i współpracować.

Dlaczego np. nikt z urzędników nie zastanowił się nad skalkulowaniem stawek podatku transportowego w tym roku? Nie zaproszono do dyskusji firm transportowych tylko od razu wybrano najwyższe, bo budżet jest słabiutki. Po petycjach i buntach stawki obniżono, ale dlaczego dopiero wtedy? Może władza ma poczucie, że jest odbierana jako ludzka, ale osiągnęłaby znacznie lepszy efekt public relations, gdyby mieszkańcy uwierzyli, że ktoś ich słucha i działa w ich interesie. Tylko znów potrzebny jest tu program.

Władza omija wielkim łukiem konsultacje społeczne. Trudno mi jednak wyobrazić sobie taką aktywność Zarządu czy prezydenta, skoro prawdziwy punkt obsługi klienta w Urzędzie Miejskim powstaje dopiero po 12 latach od wolnych wyborów. Skoro szefowie Urzędu (bez względu na partyjne pochodzenie) nie widzieli potrzeby zmiany filozofii działania instytucji zatrudniającej ponad 100 osób, to trudno aby widzieli sens doskonalenia własnego stylu pracy jakim jest zarządzanie miastem.

Liderom nie pomogą szkolenia i kursy, na których uczą się jak dobrze wypaść w publicznych wystąpieniach. PR jest skuteczny wtedy gdy jest szczery, chyba że ktoś zakłada działanie na krótką metę. Np. cztery lata kadencji, rozpoznanie terenu, a potem dobra posadka lub intratny interesik.

Agnieszka Stawiarska

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci