Po siódme: DO ROBOTY! Drukuj Email
Redaktor: Małgorzata Stolarska   

Co ja z tego będę miała? - to pierwsza myśl, jaka przychodzi mi do głowy. I dam sobie tę głowę uciąć, że podobnie myśli wielu nowosolan, zielonogórzan, sulechowian. Warto więc zadać to pytanie inaczej: jakie powinno być Lubuskie Trójmiasto, by ludzie coś z tego mieli?

W idei Trójmiasta nie chodzi przecież o to, by dwoje prezydentów i jeden burmistrz mieli okazję pokazać się w gazetach. W porozumieniu intencyjnym z 7 kwietnia 2004 r. napisali, że mają na uwadze "zaspokajanie zbiorowych potrzeb mieszkańców". Czyli moich nowosolskich sąsiadów, zielonogórskich i sulechowskich znajomych. A jakie są nasze potrzeby? Co jest dla nas najważniejsze?

Po pierwsze PRACA

Pomysł Lubuskiego Trójmiasta zakłada, że będzie to jeden, wspólny rynek pracy. I poniekąd już jest. Z Sulechowa do Zielonej Góry dojeżdża się szybciej niż np. z wrocławskiej dzielnicy Biskupin na Psie Pole. A trasą Nowa Sól - Zielona Góra? To już gorzej. Pociągów jak na lekarstwo. Szynobus? W dalekich planach. Autobus (zwykły, bo na dojeżdżanie pospiesznym mało kogo stać) pokonuje te 23 km w 45 minut. Co oznacza zawrotną średnią prędkość około 35 km/godz. Samochodem? Pół godziny jazdy drogą dla samobójców.

Słusznie więc jednym z głównych celów, o których mówią włodarze trzech miast, jest jak najszybsza budowa nowej krajowej "trójki" między Nową Solą a Zieloną Górą. Bez tej drogi trudno mówić o prawdziwym wspólnym rynku pracy. Bez niej jest on ofertą trochę naciąganą, choć niewątpliwie kuszącą. O ileż łatwiej przyciągnąć poważnego inwestora do dwustutysięcznej aglomeracji, niż do każdego z tych miast osobno! Można to więc zapisać w promocyjnym folderze Trójmiasta. I inwestor da tym słowom wiarę, dopóki nie utknie w korku gdzieś między zjazdem na Suchą a Otyniem.

Co mogą zrobić samorządy, żeby nie utknął? Niewiele. Same tej drogi nie wybudują. Mogą monitować, prosić, słać pisma. Wierząc, że głos trojga jest donośniejszy niż jednego. Wspólny rynek pracy to jednak nie tylko bliskość komunikacyjna. To także współdziałanie urzędów pracy - wzajemne informowanie się o ofertach, współpraca przy organizowaniu kursów, umożliwianiu zdobywania nowych kwalifikacji osobom szukającym zatrudnienia. Przeciwdziałanie bezrobociu nie tylko z punktu widzenia jednego miasta (a ściślej: powiatu), lecz Trójmiasta. I chociażby - na początek - stworzenie wspólnej strony internetowej z aktualnymi ofertami pracy, informacjami o kursach, formach pomocy dla osób, które chcą rozpocząć działalność gospodarczą.

W dyskusjach o Lubuskim Trójmieście pojawił się już pomysł uruchomienia wspólnego Funduszu Pożyczkowego dla absolwentów, którzy chcą otworzyć własny biznes. To nie tylko szansa zmniejszenia bezrobocia, ale też zapobieżenia ucieczce wykształconych młodych ludzi do innych regionów kraju albo za granicę. Ale to wciąż tylko pomysł, choć ma już z górą rok...

Po drugie INWESTYCJE

Z pracą związane nieodłącznie, ale kąt patrzenia inny. Trzy miasta mają razem promować swoje oferty. Czyli wołać jednym głosem: chodźcie do nas! Mamy rynek z 200 tysiącami konsumentów. Świetne miejsce do robienia biznesu. Piękne, tylko czy wykonalne? Na etapie folderów - bez wątpienia. A dalej? Załóżmy, że jestem inwestorem. Wpadł mi w ręce folder Lubuskiego Trójmiasta i jadę... Do Zielonej Góry chyba, bo największa. Wchodzę do magistratu, podpytuję urzędników. Czy dostanę wspólnie opracowaną, aktualną ofertę inwestycyjną Trójmiasta? Mało prawdopodobne.

Dlaczego? Bo władze samorządowe rozliczane są w wyborach przez swoich mieszkańców. Zielonogórscy urzędnicy będą więc mnie przekonywali, że Spalony Las jest o niebo lepszym miejscem do robienia biznesu niż np. nowosolska podstrefa Kostrzyńsko-Słubickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

Czy więc z tego punktu widzenia idea Lubuskiego Trójmiasta nie ma sensu? Niekoniecznie. Bo ta rywalizacja może mobilizować. Ale jej warunkiem musi być przyjazna konkurencja: jeśli nie u nas, to serdecznie zapraszamy do sąsiadów. A to już może się udać. Poza tym, jeśli Trójmiasto chce występować jako wspólny obszar gospodarczy, powinno stworzyć jednolite procedury obsługi inwestorów. W przeciwnym razie będzie tylko Trójmiastem. Przydałyby się też jednolite procedury obsługi administracyjnej już działających przedsiębiorstw. To pozwoliłoby uniknąć wewnętrznych konfliktów w ramach Trójmiasta.

Po trzecie SZKOŁA

Tu sprawa jest jasna: dla Nowej Soli wielkim atutem jest bliskość zielonogórskiego ośrodka uniwersyteckiego. Dla Sulechowa - też, choć ma własną wyższą szkołę zawodową. Ale to spojrzenie najprostsze. Dziś wyzwaniem jest stworzenie takiego systemu edukacji, który odpowiadałby obecnym i przyszłym potrzebom rynku pracy. Jeśli Trójmiasto ma funkcjonować jako jeden rynek pracy, konieczna jest koordynacja systemu kształcenia. To wielkie wyzwanie, bo nie radzą sobie z nim pojedyncze miasta.

Dostosowanie systemu edukacji do potrzeb rynku pracy jest jednak możliwe tylko wówczas, gdy mamy wizję tego rynku. Gdy wiemy, jak ma wyglądać za pięć, dziesięć lat. A do tego jest już potrzebna strategia rozwoju, w tym przypadku - całego Trójmiasta. Analiza atutów i mankamentów każdego z miast, szukanie możliwości wzajemnego uzupełniania się. To praca dla fachowców, zwykle - za niemałe pieniądze. Jeśli jednak chcemy dla naszych dzieci większych szans znalezienia tutaj pracy po ukończeniu szkół - to warto się nad tym pogłowić.

Po czwarte ZDROWIE

Dla mieszkańców - rzecz niewątpliwie ważna. Zapisana zresztą w porozumieniu intencyjnym Lubuskiego Trójmiasta jako wspólne "świadczenie usług (...) z zakresu (...) ochrony zdrowia". Tyle że miejskie samorządy mają na to wpływ marginalny. Nie do nich należą szpitale, nie od nich zależą gabinety lekarzy rodzinnych, poradnie specjalistyczne itd. O zielonogórskim szpitalu decyduje marszałek lubuski, o sulechowskim i nowosolskim - ich starostwa powiatowe. I tu kłania się nam strategia wojewódzka, a raczej jej brak w tej sferze. A powinna przecież zakładać jak najbardziej efektywne wykorzystanie ciągle za małych pieniędzy. Trzeba jednak odwagi, by głośno powiedzieć, że nie stać nas na utrzymywanie wszystkich istniejących w województwie, w większości przerażająco zadłużonych, szpitali. Że za zaoszczędzone w ten sposób środki można poprawić jakość leczenia w pozostałych placówkach.

Ale to uwagi w skali całego regionu. W przypadku Trójmiasta warto by rozważyć w zdrowotnej strategii większą specjalizację trzech działających tu szpitali. Czyli założyć, że w jednym inwestujemy np. w onkologię, w drugim - choćby w kardiochirurgię, w trzecim - powiedzmy w opiekę nad matką i dzieckiem. Ale na to władze miast nie mają żadnego wpływu. Pod tym względem Lubuskie Trójmiasto - mimo zapisu w porozumieniu intencyjnym - niewiele jest w stanie zrobić dla mieszkańców. Może jednak prowadzić wspólne programy badań profilaktycznych. Też warto.

Po piąte PIENIĄDZE

Na wszystko. Czyli na co tylko uda się wyciągnąć z budżetu państwa albo z funduszy europejskich. Tu pole do popisu dla Trójmiasta jest naprawdę spore. Rewitalizacja starówek, budowa ścieżek rowerowych, turystyczne wykorzystanie Odry, ochrona środowiska, wspólne projekty dotyczące aktywizacji bezrobotnych. To tylko przykłady przedsięwzięć, które mogą otrzymać dofinansowanie z funduszy unijnych. A w tym przypadku rzeczywiście często sprawdza się zasada, że duży może więcej.

Po szóste SĄSIEDZTWO

- Mam już dość przepychanek między Zieloną Górą i Gorzowem - słyszę od wielu nowosolan. Zielona Góra jest dla nich naturalnym, centralnym ośrodkiem tej części regionu. I mają jej za złe, że zamiast skupić się na roli lokalnego lidera, wciąż patrzy na północ. Potyczki prestiżowe - jak niedawna o napis na sztandarze województwa - nowosolanie uważają za żałosne. Nie na wyścigu o urzędy czy ich delegatury, lecz na gospodarce i edukacji buduje się siłę miast. Z tego punktu widzenia pomysł Lubuskiego Trójmiasta (nienowy przecież, bo mówiło się o tym kilkadziesiąt lat temu w trochę innej konfiguracji, bo z Głogowem jako czwartym partnerem) oznacza powrót Zielonej Góry do jej naturalnej roli.

A skoro o sąsiedztwie mowa, optymistyczne jest jeszcze jedno. W tym samorządowym trójkącie dwoje prezydentów jest z prawicy, burmistrz - lewicowy. I choć daleko im do politycznego sąsiedztwa, zwyciężyło myślenie samorządowe.

Byłoby dobrze, gdyby skończyło się nie tylko na myśleniu. Jak to grzmiał z sejmowej trybuny premier Belka? Do roboty!

Małgorzata Stolarska

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci