Zielony sen o High-Tech Drukuj Email
Redaktor: Józef Grzelak   

Dostaliśmy z Warszawy zapewnienie, że jeśli z produkcją krzemu nie będzie u nas żadnych problemów, to możemy liczyć na otwarcie zakładu produkującego układy scalone. Byliśmy tuż, tuż naszych marzeń o Zielonogórskiej Dolinie Krzemowej.

Historia lubi się powtarzać. Uczestnicy konferencji "Zielona Góra miastem High - Tech" pójdą drogą wytyczoną już w latach 70. To właśnie wtedy zielonogórska inteligencja, a wśród nich ekonomiści i inżynierowie, rozpoczęła burzliwą dyskusję o dalszych kierunkach rozwoju miasta. Debata ta nie wzięła się z powietrza. Miasto osiągnęło poziom 75 tys. mieszkańców, a cała jego pierwotna infrastruktura komunalna obliczona była na góra 30 tys. użytkowników.

Innymi słowy dotarliśmy do pierwszego po wojnie tak poważnego progu rozwojowego. Musieliśmy odpowiedzieć na dwa ważne pytania: - co musimy zrobić, aby utrzymać regionalną pozycję Zielonej Góry? oraz - jakim miastem chcemy być za następnych 30 lat? Naszej dyskusji towarzyszyło kilka pewników. Chcieliśmy zachować odrębność regionalną, bo tylko ona wzmacniała nasze szanse w zabiegach o centralnie dzielone środki. Jako ośrodek włączony do woj. dolnośląskiego lub wielkopolskiego mielibyśmy wyłącznie peryferyjny charakter. A jaki los czeka peryferyjnie położone miasta widzieliśmy na smutnym przykładzie innych ośrodków.

Ponadto chcieliśmy odwrócić się twarzą do Europy, bo praktyka gospodarcza poprzednich dekad skazywała zachodnią Polskę na status obronnych rubieży kraju. Zielonogórskie kręgi opiniotwórcze już wtedy dostrzegały niebezpieczeństwo dominacji wojska oraz rolnictwa jako głównych dawców miejsc pracy. Zdawaliśmy sobie sprawę, że również dni Zastalu czy Falubazu są policzone, bo ze świata dopływały bardzo wyraźne sygnały o obumieraniu tradycyjnych gałęzi przemysłu. Do tej sytuacji trzeba było się przygotować, kładąc podwaliny pod najnowocześniejsze wówczas technologie, zwane dziś z angielska High-Tech.

Z wielowątkowej dyskusji, a nawet kłótni (bo było o co się kłócić) wyselekcjonowaliśmy kilka założeń wyjściowych. Postanowiliśmy tak zaprojektować wewnętrzną strukturę miasta, aby bez większych kłopotów mogło w nim mieszkać od 130 do 150 tys. osób. W tym celu musieliśmy miastu zapewnić wodę oraz ciepło w postaci nowych ujęć oraz własnej elektrociepłowni. Zaprojektowaliśmy nowe ciągi komunikacyjne, a co najważniejsze, dokonaliśmy wyraźnego oddzielenia części mieszkalnej od części przemysłowej, przygotowując zupełnie nowe tereny inwestycyjne.

Już wtedy wychodziliśmy z założenia, że miasto musi być przygotowane na każdą ciekawą okazję. I choć w latach 70. nikt nie myślał o inwestorach zagranicznych, to jednak już wtedy obowiązywała ta sama co dziś zasada. Łatwiej było utworzyć oddział centralnie położonego zakładu jeśli w "portfelu" miało się gotowy do przejęcia uzbrojony teren.

Dzięki takiej filozofii udało się do Zielonej Góry ściągnąć najnowocześniejsze przedsiębiorstwa tamtych lat. O produkcji komputerów początkowo nawet nie marzyliśmy, ale udało się nam ściągnąć firmę POLON do opuszczonych obiektów przy ul. Fabrycznej. Postąpiliśmy tak samo jak dzisiejsi samorządowcy z Unii Europejskiej: daliśmy inwestorowi obiekty oraz zapewniliśmy fachową kadrę. Po wstępnym rozruchu zielonogórski POLON rozpoczął produkcję elektronicznych zabezpieczeń dla elektrowni atomowych. Potem doszła jeszcze produkcja systemów sterowania dla śmigłowców. Oba produkty wymagały bardzo dużych umiejętności fachowych od naszej kadry, pozwalając jednocześnie na dalsze ich doskonalenie i nawiązywanie nowych kontaktów.

Kolejnym zakładem High-Tech ówczesnej Zielonej Góry była UNITRA, którą udało się nam ściągnąć do miasta przy pomocy tego samego wabika inwestycyjnego. Zaproponowaliśmy opuszczony hotel robotniczy, w którym kiedyś mieszkali budowniczowie fabryki wykładzin dywanowych. Budowę tego hotelu od razu zaplanowaliśmy w strefie przemysłowej, aby po zakończeniu budowy NOVITY mieć do dyspozycji kolejny wolny obiekt. Nasz plan się udał i w byłym hotelowcu powstał zakład urządzeń technologicznych do produkcji monokryształów krzemu. To było coś, bo krzem był fundamentem własnego przemysłu elektronicznego.

Ale "desant" UNITRY nie miałby żadnych szans bez kolejnego wsparcia kadrowego z LUMELU. Zielonogórska Wyższa Szkoła Inżynierska, Politechnika Wrocławska oraz głównie nasz LUMEL odgrywały rolę intelektualnych drożdży, dzięki którym wysokie technologie miały w naszym mieście bardzo sprzyjający klimat oraz poparcie decyzyjne. Dostaliśmy nawet z Warszawy formalne zapewnienie, że jeśli z produkcją krzemu nie będzie u nas żadnych problemów, to możemy liczyć na otwarcie zakładu produkującego układy scalone. Byliśmy tuż, tuż naszych marzeń o Zielonogórskiej Dolinie Krzemowej. Nasze nadzieje wzmocniła lokalizacja międzynarodowego przedsięwzięcia o nazwie INTERATOMINSTRUMENT właśnie w Zielonej Górze. Zrobiliśmy kolejny krok do przodu...

Potem przyszedł stan wojenny i decyzje administracyjne, na podstawie których Zielona Góra zaczęła nonszalancko wyzbywać się gotowych terenów inwestycyjnych, bo zaczęto je oddawać pod budownictwo mieszkaniowe. Dziś Zielona Góra dotarła do progu rozwojowego porównywalnego w pewnym sensie z tym z początków lat 70.

Znów musimy sobie powiedzieć - i co dalej? Również z High-Tech. Kończąc, chciałbym tylko zwrócić uwagę, że bez ówczesnych żmudnych zabiegów (rola zielonogórskiego POLMOSU w staraniach o sprowadzenie nowoczesnych przedsiębiorstw do miasta wciąż czeka na zdolnego kronikarza) nie byłoby dziś, ani słynnej już spółki ADB, ani żarskiego RELPOOLU, ani wielu innych dynamicznie rozwijających się przedsiębiorstw. Choć prawdą też jest, że przez ostatnie 14 lat nikt z miejskich decydentów nie przejmował się wysokimi technologiami. Być może nadszedł już czas na zmiany...

Józef Grzelak

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci