Czerwiec 2007 Drukuj Email

Debata:

Obywatel: partner czy klient? Konflikt czy współpraca?




Spotykam się z dwoma typami organizacji. Jedne własną aktywność opierają wyłącznie na „co łaska” swojego samorządu. Drugie nie boją się sięgać po pieniądze Unii Europejskiej, prywatnych donatorów i rządowego Funduszu Inicjatyw Obywatelskich.

Sławomir Stańczak

Tylko sport, reszcie dziękujemy

Finansowanie inicjatyw obywatelskich przez samorządy ma swoją „brzydką twarz”. Zabawne są sytuacje, gdy gmina przeznacza 250 tys. zł na roczną współpracę z organizacjami pozarządowymi i mając na swoim terenie kilkadziesiąt organizacji, przyznaje 200 tys. lokalnemu klubowi sportowemu, resztę dzieląc zgodnie z lokalnym kluczem.

Takie sytuacje zdarzają się bardzo często, zwłaszcza w małych gminach. Ich powód jest prozaiczny: ślepa wiara w wyborcze znaczenie kibiców, zawodników i ich rodzin. I drugie dno, pieniądze dla organizacji pozarządowych często traktuje się jako „dopalacz” do środków budżetowych przeznaczanych na działania własne samorządu. W tym przypadku na sport.

Podsumowując. „TAK” dla finansowania inicjatyw obywatelskich ze środków publicznych, ale na jasnych i przejrzystych zasadach. Pieniędzy potrzebują zwłaszcza małe, branżowe organizacje, dla których samorządowy budżet jest praktycznie jedynym źródłem finansowania. Pamiętajmy, że są to pieniądze publiczne i ustawowo muszą być przeznaczane na realizację zadań pożytecznych społecznie, wykonywanych właśnie przez organizacje pozarządowe.

Pozarządowa rzeczywistość często jednak bywa mało wzniosła. Znam miasteczko w Lubuskiem, gdzie stowarzyszenie, będące jedyną organizacją z pomysłami na każdym kroku odcinane jest od samorządowych pieniędzy tylko dlatego, że część jej członków jest opozycyjna wobec lokalnej władzy. W takich momentach sytuacja jest patowa, nawet najciekawsze oddolne pomysły będą blokowane i określane jako „nieodpowiednie”.

Tymczasem żadna, nawet najciekawsza, idea zmierzająca do rozwoju lokalnych społeczności nie może być realizowana bez współpracy z samorządem. Jeśli więc chcemy mówić o pomocniczości, współpracy i partnerstwie, potrzebna jest wola obu stron do znalezienia wspólnych korzyści. Każda złotówka zainwestowana w oddolne inicjatywy to inwestycja długookresowa. Te spośród władz samorządowych, które pierwsze to zauważą, wygrają nie tylko kolejne wybory.

Głównym źródłem napięć pomiędzy organizacjami i przedstawicielami władzy publicznej jest „monopol na władzę i wiedzę”. Gminni urzędnicy, burmistrz czy prezydent uważają, że wiedzą najlepiej, jaka ma być gminna polityka społeczna. Jakie inwestycje są potrzebne i w którym kierunku gmina ma się rozwijać. To bardzo złudna i krótkowzroczna polityka.

Z końcem lat 90. ubiegłego wieku Anglicy i Amerykanie uczyli naszych samorządowych urzędników zasad komunikacji z obywatelami oraz zasady partycypacji społecznej. Szkoda, że nikt tych lekcji nie wziął sobie do serca. Jeśli bowiem obywatele angażują się w proces powstania przykładowo strategii gminy, łatwiej się wtedy z nią identyfikują. Łatwiej jest też wdrażać wszelkie samorządowe inwestycje, nawet te najbardziej kontrowersyjne.

Tymczasem monopol władzy powoduje, że władze samorządowe boją się wyjść z rozmowami o problemach lub przyszłości gminy na zewnątrz. Nasi sąsiedzi zza Odry przy inwestycjach dotyczących spraw społecznych budują makiety, przygotowują prezentacje. Zapraszają obywateli do konsultacji i wyrażania opinii o danym pomyśle samorządu. Wszystko to dzieje się w specjalnie do tego przygotowanym biurze w centrum miasta i rzecz jasna na parterze. Nasz proces konsultacji wygląda bardziej „nowocześnie”. Urzędnik, który ma ustawowo nakazaną konsultację społeczną, umieszcza projekt strategii, programu współpracy lub planu rozwoju lokalnego na stronie internetowej Biuletynu Informacji Publicznej. Umieszcza bez jednego słowa komentarza. Jest informacja? Jest. Ale czy tak ma wyglądać pomoc w budowaniu społeczeństwa obywatelskiego?

Jak na razie nasze samorządy jadą drogą jednokierunkową. Bardzo rzadko dostrzegają, że droga jest na tyle szeroka, aby można było pozwolić na ruch w obu kierunkach.

Sławomir Stańczak
(członek zarządu Stowarzyszenia VERTE)



Aktywność obywatelska powinna być finansowana ze środków publicznych, w tym samorządowych. Właśnie tak rozumiem decentralizację państwa. Państwo jest organizacją pomocniczą, a to oznacza przekazywanie kompetencji oraz inicjatywy w dół struktury politycznej. Decentralizacja jest konieczna dla podnoszenia efektywności działań administracji publicznej, w tym samorządowej. I za te działania trzeba zwyczajnie zapłacić!

Elżbieta Polak

Od frustracji do partycypacji

Musimy przejść od hierarchicznego modelu państwa do relacji partnerskich pomiędzy obywatelem a władzą. Przecież władza nie musi myśleć za obywatela, obywatel sobie poradzi, jeżeli oprócz prawa do realizacji zadań publicznych będzie miał prawo do publicznych środków. A na jakich zasadach powinna być oparta pomoc publiczna? Pomoc publiczna dla oddolnej aktywności obywatelskiej powinna być oparta na konstytucyjnej zasadzie pomocniczości, która jest podstawą podziału kompetencji pomiędzy poszczególnymi szczeblami władzy.

Twórca reformy samorządowej, prof. Jerzy Regulski, podczas konferencji na temat „Samorząd terytorialny po 17 latach”, która odbyła się w maju br., powiedział: „Centralizacja władzy i jej upolitycznienie stanowiły dwie podstawowe przyczyny, dla których system PRL był tak niewydolny, że w końcu musiał upaść”.

Społeczeństwo z ograniczaną swobodą działania staje się anachroniczne i sfrustrowane, a frustracja z biegiem czasu przeradza się w agresję. Niestety wciąż brakuje nam czytelnych standardów dla demokracji lokalnej w Polsce. Nie ustaliły się jasne zasady, które musiałyby być respektowane przez gminne władze, aby wykorzystać potencjał tkwiący w społecznościach lokalnych. Myślę, że każda mądra władza wie, jaki potencjał energii i możliwości tkwi w organizacjach obywatelskich, i dlatego działa w sposób przejrzysty i partnerski. Władza samorządowa jest władzą wspólnoty mieszkańców, musi zatem cieszyć się społecznym zaufaniem. Konflikty wybuchają i będą wybuchały zawsze wtedy, gdy władza będzie dostrzegała i realizowała tylko swoje racje i cele. A przecież najważniejszym zadaniem władzy jest troska o interesy mieszkańców.

O poziomie napięć na linii obywatele-władza samorządowa decyduje poziom świadomości obywatelskiej i jasno określone standardy wzajemnych relacji.

Elżbieta Polak
(dyrektor Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, Ośrodek Regionalny w Zielonej Górze)





Oddolna aktywność obywatelska powinna być finansowana ze środków publicznych, w tym samorządowych. Istnieje jednak pewne „ale”. Dotyczy ono pytania - czy aktywność obywatelska zaspokaja jedynie ambicje tych, którzy ją podejmują, czy też odpowiada na potrzeby szerszej grupy społecznej.

Grzegorz Idziak

Trzeba szukać kompromisu

Jeśli ktoś chce się samorealizować, nie dając innym czegoś konkretnego, to pomimo że ten ktoś jest członkiem społeczeństwa, powinien sam zdobywać środki na realizację własnych planów. Jeżeli jednak działanie adresowane jest do szerszej grupy społecznej i jest odpowiedzią na jej istotne potrzeby, to rzecz jasna jest tutaj miejsce na finansowanie ze środków publicznych. Moim zdaniem, istotnym kryterium jest przydatność aktywności jednostki dla społeczeństwa.

Władza nie ma monopolu na mądrość. To stwierdzenie jest nie mniej banalne od tego, że żadna organizacja czy grupa inicjatywna nie ma również takiego monopolu. Trzeba szukać kompromisu. Myślę, że błędne jest formułowanie pytania o przyznawanie pomocy publicznej w oparciu o kryterium zgodności z budżetem realizowanym przez władzę. Bardziej niż o sam budżet powinno nam chodzić o pomysł na rozwiązywanie istotnych problemów społecznych. Niestety budżet, który jest tworzony drogą „innych kompromisów”, nie zawsze jest odpowiedzią.

Nie można jednak również popaść w drugą skrajność, że każda niezależna inicjatywa, jeśli tylko jest istotna ze społecznego punktu widzenia, powinna otrzymywać natychmiast środki publiczne. W ten sposób nie da się zaplanować działań i priorytetów.

Kompromis może być osiągnięty kilkoma drogami: władza może tworzyć otwarte fundusze na finansowanie różnych inicjatyw społecznych, bez określania ścisłych celów (jak chociażby rządowy Fundusz Inicjatyw Obywatelskich); aktywność obywatelska musi być „cierpliwa”, musi umieć wpisywać się w plany i priorytety określane przez władzę, przekonywać, że warto priorytety obywatelskie włączać w priorytety władzy i zamieszczać je w budżetach realizowanych przez władzę.

Jakie są główne Ąródła napięć pomiędzy organizacjami pozarządowymi i przedstawicielami władzy publicznej? Tak postawione pytanie należałoby rozpatrywać w kontekście konkretnego miasta, gminy i kraju. Dla mnie problemem podstawowym jest brak woli kompromisu. Każda ze stron uważa swoje racje za jedynie słuszne, a druga strona nie jest partnerem w realizacji jakiegoś dobrego dzieła na rzecz społeczności, tylko to są tzw. „oni”. Władza mówi: „Nas wybrano demokratycznie, my realizujemy wolę społeczeństwa”; organizacje mówią: „Władza nie realizuje obietnic przedwyborczych i niewiele wie o prawdziwych problemach społeczeństwa, my wiemy to najlepiej”. Ale kiedy „oni” zamieniają się rolami, przejmują sposób mówienia swoich adwersarzy. I koło się zamyka…

Grzegorz Idziak
(zca dyrektora Caritas Diecezji Zielonogórsko-Gorzowskiej)



Z zainteresowaniem śledzę debatę o relacjach między aktywnością obywatelską i szeroko pojętą władzą. Trójgłos moich poprzedników jest spójny, fachowy i roszczeniowy. Miałem trochę wrażenie, że czytam wypowiedzi rywali, a nie partnerów władzy. Autorzy to przedstawiciele twardzieli, tych o których pisze Sławek Stańczak, że nie boją się sięgać... czyli tych, którzy „mają struktury idają sobie radę”.


Jacek Grzelak

Obywatel: partner czy konkurent?

Zabrakło mi „zejścia” o jeden poziom niżej - do Ąródeł, do pytań podstawowych.

Jak u nas jest z aktywnością obywatelską, czy ta aktywność jest istotna, czy powinna być promowana, rozwijana, a może powinien powstać szeroki program pracy nad rozwojem aktywności (i powiedzmy współpracy) społecznej ...Czy powinno się wspierać radzących sobie twardzieli, czy może tworzyć warunki do wykluwania się (możliwie dużej liczby) nowych bytów?
Odczuwam silną potrzebę zwrócenia uwagi na kwestie pierwotne i zasadnicze. Po pierwsze: Czy władzy (państwu, samorządowi itp.) powinno zależeć na aktywności społecznej obywateli? Albo pytając inaczej: czy w interesie naszego kraju (regionu) leży, aby Polacy (Lubuszanie) byli aktywni, zorganizowani, współdziałający?

OdpowiedĄ powinna brzmieć: TAK. Dlaczego? Bo taki model rozwoju społecznego wybraliśmy. Wysoka aktywność obywatelska jest normą w krajach, w których żyje się najlepiej. Mówiąc bardziej „naukowo”: istnieje wysoka korelacja pomiędzy aktywnością społeczną i poziomem życia. Nie jest to zapewne jednoznacznie mierzalne, ale mogę podać przykład potwierdzający tę tezę, który przypadkiem wpadł mi dzisiaj w ręce: poniższa tabela pokazuje liczbę stowarzyszeń zajmujących się problemem choroby Alzheimera - w wybranych (przeze mnie) krajach europejskich:


Austria
30
Chorwacja
3
Francja
98
Grecja
1
Hiszpania
44
Norwegia
125
Polska
1
Słowacja
1
Włochy
69

Zależność między ogólnie rozumianym dobrobytem i zaangażowaniem społecznym na rzecz poprawy jakości życia jest tu znakomicie widoczna. Więc jeśli na pierwsze pytanie odpowiedzieliśmy: TAK, to mam pytanie drugie: Czy władza (państwo, samorząd) powinny SPRZYJAĆ wzrostowi aktywności społecznej swoich mieszkańców, czy tylko NIE PRZESZKADZAĆ? Moim zdaniem, oczywiście: SPRZYJAĆ (promować, aktywizować, inicjować, wspierać, stwarzać warunki i okazje itp.). Dlaczego?

1.Ponieważ jest w tej materii bardzo dużo organicznej pracy do wykonania, a władza jest najlepiej organizacyjnie do tego przygotowana.
2.Ponieważ wielu z nas ma takie przyzwyczajenia – że władza wytycza kierunki i popycha do przodu.
3.Ponieważ jako społeczeństwo mamy zaskorupiałe, niekorzystne nawyki. Jesteśmy przyzwyczajeni do biernego obserwowania oraz krytycznego komentowania i oceniania. Wolimy się nie wychylać, mamy stanowczo za dużo obaw i zahamowań. Do tego - jak na rodaków Kotarbińskiego – jesteśmy za dobrzy w improwizacji, a za słabi w działaniach zorganizowanych. Byłoby więc nadmiernie optymistyczne sądzić, że aktywność społeczna „stanie się sama”.

Od początku narzuca mi się porównanie aktywności społecznej i przedsiębiorczości. Są to dwie dziedziny komplementarne. Obie do niedawna w Polsce słabo rozwijane. A co się dzieje teraz ? Mamy wielki nacisk na rozwój przedsiębiorczości – dla uczniów jest nowy przedmiot Podstawy przedsiębiorczości i są olimpiady przedsiębiorczości, dla są studentów kursy z zakresu „załóż swój biznes” i inkubatory przedsiębiorczości, dla całkiem dorosłych kolejne rządy opracowują ułatwienia ustawowe w zakładaniu firm, a urzędy otwierają biura obsługi przedsiębiorców. Dla adeptów biznesu są bezpłatne konsultacje, poradniki, witryny internetowe i programy telewizyjne. Tu nikt nie ma wątpliwości, że konieczne jest wsparcie instytucjonalne. A co ze wspieraniem aktywności społecznej? O ile coś jeszcze dzieje się w skali makro – czyli mamy wsparcie poprzez fundusze unijne (np. EFS) i rządowe (np. FIO), to już dużo słabiej jest w województwach, powiatach, gminach. Być może w wielu urzędach nie postawiono sobie nawet tego zasadniczego pytania: „Czy (nam) władzy powinno zależeć…?”.

Tymczasem trend światowy jest wyraĄny: rozwój społeczny jest co najmniej tak samo istotny jak wzrost gospodarczy. Można go świetnie (z przymrużeniem oka) zaobserwować stosując popularny „test młodzieżowy”. Jeśli do internetowej wyszukiwarki Google wpiszemy pojęcie „economic growth” (wzrost gospodarczy) to dostaniemy 182 mln wyników, jeśli zaś wpiszemy „economic and social development” (rozwój społeczno-gospodarczy), to wyników będzie już 231 mln, ale jeśli wpiszemy samo „social develompent, to wyników będzie aż 783 mln.

Wniosek – aktywność społeczną warto wspierać. Często nawet takimi samymi metodami, jak przedsiębiorczość. Spójrzmy przykładowo na inkubatory przedsiębiorczości – dlaczego nie powstają inkubatory stowarzyszeń (obywatelskie, społeczne, samorządowe itp.)? PójdĄmy dalej tym tropem: jak taki inkubator mógłby wyglądać ? Na początek coś zupełnie prostego - sala w Zielonej Górze (własność miasta) na 50-60 miejsc, z możliwością przedzielenia ściankami na 3 części. Do 15:00 korzysta z niej urząd, po południu jest udostępniana nieodpłatnie grupom obywatelskim, które – wcześniej umówione - mogą się tam spotykać. Do tego pracownik prowadzący sekretariat (a tam: komputer z drukarką, ksero, telefon, flipcharty, duża tablica ogłoszeń). Do tego - dla zarejestrowanej w inkubatorze grupy obywatelskiej - „pakiet startowy” w postaci ustalonego limitu papieru, odbitek, kopert, obsługi sekretarskiej, przyjmowanych telefonów, miejsca na tablicy ogłoszeń i na stronie www inkubatora.

Tę koncepcję można rozwijać… i to wcale nie musi być drogie, a i jeszcze można na to znaleĄć dofinansowanie z rozmaitych funduszy. Tak samo można zaadoptować inne formy promujące przedsiębiorczość: kursy, konkursy, konsultacje, poradniki… A dalej trzeba już postępować jak z trawnikami w Anglii – kosić i podlewać – i tak przez 300 lat.

Jacek Grzelak
(dyrektor biura Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego w Zielonej Górze)
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci