List z zaświatów Drukuj Email
Redaktor: Henryk Ankiewicz (1933-2005)   

Co się zaś tyczy mojej skromnej osoby, to oświadczam, że „Listy z Palmiarni” będę pisał nawet po śmierci i bez względu na to, w jakie rejony zaświatów mnie skierują.

W roku 1933 do władzy doszedł Hitler, ale jednocześnie w styczniu urodziłem się ja, a zaraz potem na świat przyjdą K.T. Toeplitz, Jerzy Urban, Roman Polański oraz kilka utalentowanych kobiet, którym wieku nie będę wypominał. Mój ojciec, Wiktor Ankiewicz, był silny i bezrobotny. Najpewniej wiedział, co go czeka, kiedy Niemcy weszli do Obry, bo wczesnym rankiem tego dnia popedałował w jeszcze istniejącą Polskę. Umarł na tyfus we wsi Sadowe pod Siedlcami. Dziadka, Gabriela Ankiewicza (był dowódcą obrzańskiej drużyny powstańczej w powstaniu wielkopolskim), ani babci Ankiewiczowej nie miałem okazji poznać. Odeszli, zanim ja się pojawiłem. Dziadek Antoni Piotrowski był tym mężczyzną w domu, który zastąpił mi ojca i który mnie ukształtował. Opowiedział mi prawie wszystkie swoje przygody wojenne. Miałem za sobą półtoraroczną Niemiecką Szkołę dla Polskich Dzieci. Po niemiecku czytałem lepiej niż teraz, dlatego byłem pomocny dziadkowi w czytaniu. Dziadek kazał mi założyć zeszyt, w którym notowałem nekrologi żołnierzy niemieckich z frontu wschodniego. Jak już miałem trochę więcej niż 3 tysiące, to klepał mnie w ramię i mówił: Ciesz się, oni dostają w dupę.

Od razu po wojnie było ciężko. Żeby zarobić na zeszyty do szkoły dla siebie i sióstr, łaziłem do lasu po sosnowe pniaki. Zabierałem je do domu i siekierką robiłem z tego tzw. łuczywka i wiozłem do Wolsztyna na targ pod ratuszem.

Do Zielonej Góry przyjechałem w 1947 roku na rowerze, jaki kupiłem od radzieckiego sierżanta za dwa litry spirytusu. Rower znaczył w tamtych czasach więcej niż dzisiaj samochód. Chciałem, kierując się radą matki, zostać ślusarzem. Największym miastem, jakie dotąd znałem, był powiatowy Wolsztyn. Zielona Góra zrobiła na mnie wrażenie trudne do nazwania - wielkomiejskość zmieszała się w moich wspomnieniach z zielenią i spokojem. Już wtedy, kiedy wuja Jan Piotrowski w alei gen. Stalina powiedział: „Zobacz, ten pan przed nami to redaktor Turski”, zakiełkowała w mojej głowie myśl, jaką wiele lat później odnalazłem w pewnej fraszce: „Nie ma to jak dziennikarzom, nic nie robią, tylko łażą”.

Ale mogło być gorzej. Pod koniec 1948 roku zachciało mi się zostać bokserem. Miałem nokaut w 1949 roku na pierwszym kroku bokserskim w Poznaniu. Ślęczałem potem nad podręcznikami, żeby nadgonić zaległe egzaminy... Lata 1949-1950 to najbiedniejszy okres w moim życiu. W starej walucie otrzymywałem 8 tys. zł „za pracę w warsztatach szkolnych”, z tego opłacałem mieszkanie i pościel (u rodziny kolegi, przy ul. Jeleniej), stołówkę w „Zastalu” i chleb - z góry za cały miesiąc, w prywatnej piekarni. Nie wiem, jak na to wszystko starczało. Nie skarżyłem się na los, wręcz przeciwnie. Matka w rodzinnej Obrze, jako robotnica leśna i później kucharka w przedszkolu, zarabiała o połowę mniej niż ja. W latach 1952-58 mieszkaliśmy już razem, z matką i dwoma młodszymi siostrami, przy ulicy Zamkowej 33.

2 września 1952 r. poznałem zielonogórskich drukarzy, kiedy to zacząłem pełnić najgłupszą, tylko wtedy do pomyślenia funkcję służbową. Było to stanowisko tzw. kontrolera nocnego, który powinien się troszczyć o prawidłową gospodarkę papierem, tudzież o terminowy odbiór gazet przez pracowników ekspedycji. Później, od 1956 r. jako redaktor techniczny żyłem z drukarzami na co dzień. Późną jesienią 1955 r. wróciłem z wojska. Jakby ktoś się pytał, to z Drugiego Sudeckiego Pułku Czołgów w Opolu. Jak każdy normalny rezerwista udałem się do starej knajpy sprzed wojska. Była. Nazywała się „Centralka”. Stała przy dzisiejszej ulicy Kupieckiej. Wszystko można pomieszać, zmiksować, ale trzeba zostawić knajpkę w tym samym miejscu, smak tamtego jadła i trunku, bo smak też ma swoją pamięć.

Onegdaj raz w tygodniu fundowałem sobie obiad w zielonogórskiej „Ratuszowej”. W przeszłości zawsze tam siedział nieodżałowanej pamięci Klem Felchnerowski ze swoją nieodłączną, przeczytaną od deski do deski gazetą. Gestem ręki meldował, że jest i że ma dla mnie miejsce. Artystę należy oceniać po tym, co zrobił, a nie po tym, ile wypił. Nie ma już Klema, jest tu jednak jego duch, który mógłby przybrać postać materialną. Tę środkową salkę proponowałem nazwać „Klemensówką”... „Ratuszowa” powinna tu na niego czekać. Ale nie czeka.

Wracając jednak do sedna tej opowieści: w 1959 roku pojechałem moczyć nogi i głowę w Kłodawie i tu dopiero rozpisałem się na dobre. W Gorzowie byłem szczęśliwie żonaty. Do Zielonej Góry zaciągnęli mnie w 1965 r., kiedy byłem już pismakiem całą gębą. Jedyną porządną rzeczą, jaką uczyniłem sobie w moim życiu dziennikarskim, było wymyślenie w 1968 roku Andabaty. Nie musiałem go wymyślać, on był u Sienkiewicza (wedle późniejszych streszczeń W. Opalińskiego - Andabata był gladiatorem walczącym na ślepo w hełmie zakrywającym oczy). Wcześniej robiłem całkiem przyzwoitą publicystykę oraz średni reportaż. Ale mi to ciężko szło. Bo jak o czymś napisałem trochę prawdy, to mnie wołali. Jak kogoś zganiłem, to awansował, jak pochwaliłem, to go zdejmowali. I dlatego wymyśliłem Andabatę. Odniosłem takie wrażenie, że nie tylko ja, ale wszyscy przeciw wszystkim walczą na ślepo i w hełmach zakrywających oczy. Przyjaciele mi mówią, że używam słów wulgarnych. To nie ja jestem wulgarny. Wulgarna jest rzeczywistość.

Kiedy zaczynałem robić „Listy z Palmiarni”, nie przypuszczałem nawet, jak ciężko jest ciągnąć wózek zwany cotygodniowym felietonem. Z Zieloną Górą łączy mnie wprawdzie miłość, lecz jest to miłość przytomna - chcę widzieć również wady. Malarz patrzy na miasto okiem wyczulonym na kolory, właściciel samochodu ocenia je liczbą garaży, klient w sklepie długością kolejki i zasobnością półek. Widok z okien Ratusza, czy też przez szybę urzędnika, jest jeszcze inny. Z okien urzędowych wypatruje na miasto pogląd żywiący się optymizmem oraz zdziwieniem, że skoro jest tak dobrze, to czego jeszcze oni chcą?

Późnym wieczorem, zwykle około dwudziestej trzeciej, zachciewa mi się wyjść na powietrze. Gasną wtedy jedno po drugim okna w wieżowcach. W blokach przy ulicy Wyspiańskiego najdłużej świeci się na poddaszach. Na całym świecie, zanim nadeszła pora wieżowców, artyści tworzyli na poddaszach. Co się tyczy sztuki, to pojęcie „prowincja” nie ma treści geograficznej, ma treść intelektualną, artystyczną. Artyści zielonogórscy stworzyli w latach 60. największą ogólnopolską imprezę plastyczną; była to rzecz tak wielka, że nie mogła jej skonsumować prowincjonalna publiczność zielonogórska. Nie skonsumowała jej też Polska.

Nie mam jakoś szczęścia do rozmówców beztroskich, pogodnych, zadowolonych z siebie i ze świata. Dajcie ludziom robotę i nadzieję. Natychmiast spadnie spożycie alkoholu.

Co się zaś tyczy mojej skromnej osoby, to oświadczam, że „Listy z Palmiarni” będę pisał nawet po śmierci i bez względu na to, w jakie rejony zaświatów mnie skierują.

Henryk Ankiewicz ANDABATA

Od redakcji: materiał powstał jako kompilacja fragmentów różnych tekstów Henryka Ankiewicza. Wyboru dokonała i do druku przygotowała - Ewa Andrzejewska. {moscomment}

 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci