Biznes i medycyna Drukuj Email
Redaktor: Katarzyna Maksymczak   

Dochodzę do granic rozwoju firmy - mówi dr Ryszard Szcząchor, właściciel Centrum Medycznego ALDEMED w Zielonej Górze. - Gdybym chciał bardziej agresywnie wejść na rynek, to musiałbym poprosić o pomoc obcy kapitał. Mając za plecami wsparcie głównego inwestora, mógłbym zmonopolizować rynek zielonogórskich usług medycznych. Jednak taka strategia nigdy nie była moim celem.

W branży medycznej coraz częściej mówi się o ALDEMEDZIE. Firma jest największą placówką służby zdrowia w Zielonej Górze, w tak zwanym lecznictwie otwartym. Lokalni politycy i urzędnicy przyglądają się dynamicznemu rozwojowi firmy i podpytują dr. Szcząchora o monopolizacyjne zakusy. - Każdy przedsiębiorca chce rozwijać firmę i świadczyć usługi na jak najwyższym poziomie. Więc dlaczego ja nie miałbym tak samo postępować w służbie zdrowia? - opowiada wówczas szef ALDEMEDU. - To prawda, chcę być najlepszym - kontynuuje. - Chcę stworzyć moim pacjentom bardzo dobre warunki, ale nawet w snach nie marzę o przejęciu całego medycznego tortu.

Na razie dr Szcząchor dotrzymuje słowa. Rozbudowuje główną siedzibę firmy w centrum miasta przy al. Niepodległości. Już niedługo będzie tam winda i centralnie sterowana klimatyzacja. Specjalnie szkolone pielęgniarki nie zdenerwuje nawet najbardziej marudny pacjent. Siostry starają się być zawsze uśmiechnięte i życzliwe. Potem firma zajmie się filią przy ul. Zamenchoffa oraz przychodnią przy Zastalu, swym najnowszym nabytkiem. Jak twierdzi właściciel, ta ostatnia jeszcze 10 lat temu była jedną z najlepszych placówek medycznych w Zielonej Górze. Ale od lat nikt w nią nie inwestował ani też nie płacił za usługi świadczone na rzecz pacjentów. Dlatego zbankrutowała. Dziś wymaga wymiany niemalże całego specjalistycznego wyposażenia.

Dr Ryszard Szcząchor wzdryga się na dźwięk słowa monopol. On sam woli konkurować jakością usług, a nie zagarniać jak najwięcej przychodni do swego koszyka. - Nie chciałbym, by ktoś pomyślał, że przemawia przeze mnie fałszywa skromność. Po prostu potrafię realnie ocenić własne możliwości. I po chwili dodaje - politycy mówią, aby nigdy nie mówić „nigdy”, bo każdy może zmienić poglądy. Dziś w mojej wizji rozwoju ALDEMDU nie ma koncepcji opanowania usług medycznych w mieście. Dążę za to do osiągnięcia europejskiego poziomu i na razie nie zamierzam otwierać żadnych nowych oddziałów. Szef ALDEMEDU przyznaje jednak, że wciąż otrzymuje propozycje, aby otworzył filie swojej firmy w innych miastach. Takie propozycje odbiera jako pochwałę i potwierdzenie umiejętności menedżerskich. Schlebiają mu i, jak mówi, wprawiają w dobry nastrój. - Co kilka tygodni dzwoni ktoś z Żar z nową ofertą budynku, który doskonale nadaje się na przychodnię - opowiada Szcząchor. - Z Krosna Odrzańskiego też dzwonią. Tam nawet byliśmy bardzo blisko uruchomienia przychodni, ale pokonał nas własny strach, że nie zgromadzimy ludzi z odpowiednimi kwalifikacjami. Zielonogórski lekarz twierdzi, że dziś nie sztuka otworzyć medyczną firmę. Wystarczy pieczątka i wywieszka przed wejściem. Chcąc osiągnąć profesjonalny poziom usług, trzeba jeszcze mieć sprzęt, kompetentny zespół i kadrę menedżerską. Jego zawodowe doświadczenie mówi, że nie można wszystkiego zostawić na plecach kierownika placówki i powiedzieć - idź i rządź. Trzeba jeszcze mieć czas i przynajmniej kilka dodatkowych osób, które będą nadzorować i w razie potrzeby podpowiadać, jak skutecznie rozwiązywać problemy. - Dziś stare metody zarządzania służbą zdrowia nie mają żadnych szans - twierdzi dr Szcząchor. Teraz trzeba wdrażać nowe modele, które zdecydowanie odbiegają od siermiężnych standardów wypracowanych przed wielu laty w publicznej służbie zdrowia. Dla mnie największym problemem nie jest jednak brak wiedzy, ale brak czasu. Ja już go więcej nie mam i dlatego powstrzymuję żywiołowy rozwój firmy.

Do tej pory rozwój ALDEMEDU spoczywał w rękach założyciela i właściciela. Doktor Szcząchor bardzo powoli poszerzał krąg osób uprawionych do podejmowania decyzji w firmie. Ta kadrowa wstrzemięźliwość wynikała z ostrożności. - Nie można być z góry pewnym, czy nowy zespół to ten właściwy. Zarządzanie firmą medyczną nie może polegać na eksperymentowaniu metodą prób i błędów, bo to dużo kosztuje.

Właściciel przychodni mówi, że do jego placówki medycznej na stanowiska kierownicze nie przychodzą ludzie z zewnątrz. Karierę zaczynają najczęściej jako pracownicy firmy na niższych szczeblach. Najpierw poznają sposoby pracy, osobiście uczestniczą w rozwoju firmy, następnie przechodzą różne szkolenia, by wreszcie zacząć samodzielnie kierować zespołem. Są też osoby, które do przychodni trafiły na staż z Urzędu Pracy jako bezrobotni absolwenci, choćby po technikum ekonomicznym. Dziś jedna z nich studiuje i pracuje po kilka godzin dziennie. Po skończeniu nauki będzie jednym z głównych strategów rozwoju firmy. Inna osoba, która początkowo pracowała w rejestracji, po ukończeniu kilku kursów komputerowych odpowiada za internetowe kontakty ze światem.

- Pana czas byłby efektywniej wykorzystany, gdyby zrezygnował pan z czynnej pracy lekarza. Ryszard Szcząchor nie polemizuje, a nawet przyznaje mi rację, ale prosi o zrozumienie, bo wciąż pociąga go praca lekarza. - W ten sposób hamuje pan rozwój firmy - prowokuję dalej. - Przygotowuję kadrę, która za rok lub dwa z powodzeniem mnie zastąpi. Moja córa, Monika, skończyła podyplomowe studium marketingu i zarządzania w służbie zdrowia. Praca w ALDEMEDZIE to jej pierwszy etat po studiach. Zna nasze problemy od podszewki. Już wkrótce będzie gotowa, by samodzielnie kierować firmą. Dziś jest na spotkaniu w Poznaniu w sprawie pozyskiwania środków z UE na rozwój badań medycznych i prowadzenia diagnostyki. Monika cały czas się uczy. Już wkrótce będzie gotowa, a ja pójdę na prawdziwą emeryturę i zajmę się medycyną, a ona biznesem. Wciąż o tym marzę.

Lekarz przedsiębiorca jest w szczególnie trudnej roli, gdy koledzy proszą go o pomoc. Z jednej strony chodzi o twarde reguły biznesu, jak w przypadku propozycji uruchomienia przychodni w Żarach. Z drugiej jednak strony chciałby pomóc pacjentom mieszkającym poza granicami Zielonej Góry. Przecież oni też zasługują na wysoki poziom usług medycznych... Nagle Ryszard Scząchor wyznaje, że miał jeszcze propozycje z Sulechowa i z Nowej Soli. Tam też oglądał obiekty. - Chciałem spełnić oczekiwania ludzi, którzy proponowali mi uruchomienie przychodni, ale zrezygnowałem po głębokiej analizie. Po prostu mógłbym nie dać rady.

Dlaczego? Wygrała niepewność. Lekarz przedsiębiorca nie miał pewności, czy przedstawiciel Kasy Chorych zechce podpisać z ALDEMEDEM nowe kontrakty na świadczenie usług medycznych. Nie wiedział również, w jakim kierunku potoczą się kolejne etapy reformy służby zdrowia. Do tego doszła niepewność o specjalistów, których musiałby zatrudnić w nowych filiach. - Wszyscy narzekają, że jest za dużo pielęgniarek i lekarzy, bo nie ma pracy na rynku. Ale to nieprawda! - protestuje dr Szcząchor. My od dziś możemy zatrudnić kilku lekarzy na naprawdę dobrych warunkach. Tylko chętnych brak.

W światku polskich lekarzy dominuje następująca opinia: najważniejsze, aby pracować w szpitalu, bo tam są dyżury i bliski kontakt z pacjentem. Doktor Szcząchor potrafi zrozumieć taką postawę. W szpitalu lekarze pracują za 1,5 tys. do 3 tys. zł. W ALDEMEDZIE mogą dostać dwa, a nawet trzy razy tyle. I to od zaraz. Ale nie przychodzą. - Taki jest ich osobisty wybór. Nie sadzę, żeby u najlepszych lekarzy najważniejsze były finanse - mówi dyplomatycznie. Może jest jeszcze coś innego, o czym w środowisku medycznym głośno się nie mówi...

Rozmawiamy dalej o zarządzaniu. Szef ALDEMEDU dwa razy w tygodniu zaprasza do gabinetu swoich najbliższych współpracowników, by podyskutować nad rozwojem firmy. Szcząchor poza firmą raczej nie ma doradców. Właściwie to on wyznacza drogę innym, choć nie zawsze świadomie... - Cześć prywatnych placówek medycznych została utworzona przez lekarzy, którzy wcześniej pracowali w ALDEMEDZIE - opowiada. Uczyli się tutaj. Widzieli, jak rozwijam firmę. Teraz kopiują moje rozwiązania w swoich palcówkach. W pewnym sensie jestem z nich dumny, bo odważyli się wyjść z budżetowej skorupy. Ale moi koledzy nie zawsze elegancko rozstawali się ze mną. Najczęściej dowiadywałem się ostatni, że ktoś odchodzi. Gdyby przyszli po poradę, podszedłbym do tego bardzo poważnie i uczciwie. Choć są i tacy, którzy rozmawiają ze mną o swych planach i pytają, co mają zrobić.

- Co pan zrobi, jeśli przyjdą pana byli współpracownicy i zaproponują, abyście połączyli swoje biznesy? - Czekam na tę chwilę - mówi z satysfakcją. Możemy przecież stworzyć prywatny holding usług medycznych. Jeśli łączy się potencjał intelektualny z potencjałem gospodarczym, to razem zawsze łatwiej poradzić sobie w trudnych chwilach niż w pojedynkę.

Ryszard Szcząchor wie, co mówi. W Zielonej Górze już powstają placówki medyczne z udziałem kapitału zagranicznego. Coraz częściej swój kapitał angażują ludzie w ogóle nie związani z medycyną. Na rynku już jest ciasno. Wkrótce jednak przyjdzie czas, w którym walka o pacjenta będzie ostra jak brzytwa. Ciekawe, co wtedy zwycięży: biznes czy medycyna?

Katarzyna Maksymczak
PULS 59/60, lipiec 2003

{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci