Zielonogórska oświata: chcemy i nie możemy Drukuj Email
Redaktor: Piotr Maksymczak   

Miesięcznik Puls, Radio Zachód, Gazeta Lubuska, Polskie Towarzystwo Ekonomiczne oraz Stowarzyszenie Dialog-Współpraca-Rozwój wspólnie zorganizowali zielonogórską debatę oświatową. W dyskusji udział wzięli: Maciej Kozłowski, Ewa Habich, Roman Łuczkiewicz, Marek Kamiński, Aleksandra Mrozek, Liniana Witczuk-Kamieniarz, Stefan Bulanda. Moderacja: Edward Mincer i Agnieszka Stawiarska. Wybór i przygotowanie do druku - Piotr Maksymczak.

Uczestnicy debaty

Edward Mincer (Radio Zachód) - Ponad 120 mln zł z miejskiego budżetu idzie na oświatę. Liczba ta prowokuje do zadania trzech pytań: po pierwsze, czy pieniądze na zielonogórską oświatę są wydawane w sposób racjonalny? Po drugie, czy w zielonogórską oświatę należy wprowadzić prawa rynku, z likwidacją słabych placówek włącznie? I po trzecie, czy uspołecznienie oświaty zracjonalizuje koszty i podniesie poziom nauczania w zielonogórskich szkołach?

Maciej Kozłowski (wiceprezydent Zielonej Góry) - Pieniądze możemy wydawać racjonalniej, jeśli zapalimy zielone światło dla reorganizacji sieci szkół. Od trzech lat Rada Miasta nie wyraża zgody na likwidację jakiejkolwiek placówki oświatowej, nawet samo podjęcie dyskusji okazuje się niemożliwe. Natychmiast padają argumenty: powinniśmy obniżać ilość uczniów w klasach, aby zwiększać komfort nauczania, i mówi się od razu, że w dużej szkole jest to niemożliwe. Doświadczenia Zielonej Góry zaprzeczają takim tezom, bo bardzo dobre wyniki kształcenia i wychowania osiągamy w największych szkołach w mieście. Wyjątkiem jest gimnazjum przy Zespole Szkół Akademickich.

Ewa Habich (dyrektor I Liceum Ogólnokształcącego) - Do niedawna myślałam, że dobrze by było zlikwidować jakąś słabą szkołę, aby zaoszczędzone środki trafiły do lepszych. Dziś myślę, że małe szkoły powinny pozostać, bo być może nad mniej zdolnymi dziećmi trzeba się bardziej pochylić, niż nad tymi zdolnymi. Ale zgadzam się z tezą o nieracjonalnej strukturze sieci szkół w naszym mieście. Może zamiast likwidacji lepiej zastosować metodę sprawdzoną w jednej ze szkół, do której budynku „dokwaterowano" wydział infrastruktury społecznej Urzędu Miasta i pomniejszono w ten sposób koszty utrzymania całego budynku.

Roman Łuczkiewicz (dyrektor Gimnazjum nr 1) - Zielonogórska sieć szkół jest za skomplikowana. Wzdłuż ul. Wyszyńskiego mamy aż 5 szkół gimnazjalnych. Próby racjonalizacji były podjęte dwa lata temu. Mogłem wówczas przyjąć do pracy nawet 13 nauczycieli z placówek zagrożonych likwidacją. Mogłem, ale nie przyjąłem, bo żadnej szkoły nie zlikwidowano. Zatrudniłem więc absolwentów uczelni pedagogicznych i wolnych miejsc już nie mam. Jeśli teraz pojawią się u mnie nauczyciele z zamykanych szkół, odejdą z kwitkiem.

Marek Kamiński (nauczyciel i członek Zielonogórskiej Rady Oświatowej) - Mimo oporów z różnych stron, zmian nie da się zatrzymać. Może pomysł pani dyr. Habich jest jakimś wyjściem. Jeśli szkoła jest za duża dla garstki dzieci, to jakąś jej część trzeba przeznaczyć nawet na obiekt nieszkolny. Również pomysł przekazywania szkół w prywatne ręce oceniam jako sensowny, bo Zielona Góra powinna powiększać ofertę edukacyjną także w wymiarze organizacyjnym.

Aleksandra Mrozek (dyrektor prywatnego Liceum Ogólnokształcącego) - Szkoły prowadzone przez osoby fizyczne są najtańsze. I z tego tylko powodu zastanawia mnie, dlaczego Urząd Miasta niezbyt chętnie zapala zielone światło dla kolejnych społecznych szkół. My tu się zastanawiamy nad rozsądnym zagospodarowaniem na wpół pustych obiektów szkolnych, a tymczasem znalezienie wolnego budynku dla szkoły społecznej graniczy prawie z cudem. Mówię to na podstawie własnego doświadczenia.

Liniana Witczuk-Kamieniarz (dyrektor Szkoły Podstawowej nr 7) - Jestem przeciwna jakimkolwiek rewolucyjnym zmianom, choć sieć szkół w mieście wymaga poprawy. Na pewno niektóre szkoły powinny być zamknięte, i to dawno, ponieważ generują koszty, a pozostałe ponoszą tego konsekwencje. Choć należy przede wszystkim sięgać po rozwiązania nie skutkujące od razu likwidacją placówki, być może wystarczy połączyć taką szkołę z inną, lepszą.

Ewa Habich - Mówicie „nie" dla „rewolucji oświatowej" i w zamian głosicie postulat racjonalizacji, choć wiecie, że w Zielonej Górze nawet tak kompromisowo skrojone hasło oznacza rewolucję właśnie. Mówiąc ciągle o pieniądzach, wygenerowaliśmy mit, że jak zamkniemy niektóre szkoły, to pozostałym wystarczy pieniędzy. A tymczasem niepowodzenia wychowawcze i szerzej - to, co się dzieje w gimnazjach, to też przyczyna dodatkowych wydatków, czego często nie bierzemy pod uwagę.

Stefan Bulanda (Zespół Szkół Akademickich) - Pieniądze przydzielane szkołom nie są wykorzystywane z pełnym pożytkiem. Dlaczego? Bo wszystkie imprezy sportowe odbywają się od 8.00 do 15.00. A po południu stadiony są puste. My nie możemy wykazać, ile pieniędzy traci z tego powodu szkoła ani ile traci uczeń, nie będąc na normalnych lekcjach. Jeśli na lekcjach będzie 90% uczniów, to nie będziemy ciągle najsłabszym województwem w skali kraju, które ma słabe wyniki w nauczaniu.

W mojej szkole nauczyciele zaczęli szanować pracę, bo zawarli umowę pozwalającą na rozwiązanie stosunku pracy, jeśli będą źle pracowali. Jeśli rodzice źle ich ocenią, będą się musieli rozstać ze szkołą. Ci nauczyciele, którzy nie zrozumieli obowiązujących u nas reguł, sami odeszli do szkół, gdzie nadal są świętymi krowami, nie do tknięcia.

Roman Łuczkiewicz - Ma pan racje, zajęcia sportowe, które się odbywają w ramach mistrzostw miasta w różnych dyscyplinach sportu, organizowane są do południa, to zła rzecz.

Agnieszka Stawiarska (Gazeta Lubuska) - Czy w zielonogórskich realiach jest możliwa konkurencja między szkołami?

Marek Kamiński - Pomiędzy szkołami podstawowymi i gimnazjami trudno mówić o konkurencji, gdyż są to szkoły obwodowe, z wyjątkiem szkół, które mają charakter społeczny czy prywatny.

Stefan Bulanda - Z powodu malejącej liczby dzieci w szkołach obwodowych tworzą się wolne moce przerobowe. W szkołach ponadgimnazjalnych konkurencja też została zminimalizowana z uwagi na elektroniczny, jawny nabór. Jawny egzamin powoduje, że ci z dobrymi wynikami trafiają do wymarzonych szkół. Ci ze słabszymi do słabszych.

Roman Łuczkiewicz - Wbrew temu, co kolega mówi, prawa rynku już zaistniały w zielonogórskich szkołach, i to z wielkim hukiem. Jeśli rodzice nie będą zadowoleni z naszej pracy, to zapiszą swoje dzieci do innej szkoły. Jeśli takich rodziców będzie 20, 30 to trzeba będzie rozwiązać jedną klasę, a jeśli dwa razy więcej, to trzeba będzie zwalniać nauczycieli. Nauczyciele już mają tego świadomość.

Faktem jest jednak, że dyrektor publicznej szkoły nie ma praktycznie możliwości, aby zwolnić nauczyciela. Gdyby była taka możliwość, że dyrektor szkoły co roku mówi nauczycielom: pan pracuje bardzo dobrze, proszę, proponuję podwyżkę; innemu nauczycielowi - pani zaproponowała niewiele, więc ja też zaproponuję niewiele. Taka zasada wprowadziłaby ruch na nauczycielskim rynku. Część sama by zrezygnowała, a część dobijałaby się do bram szkół, gdzie mogą więcej zarobić, ale to są marzenia.

Edward Micner - Jak miasto patrzy na problem lepszych i gorszych szkół? Np. 90% uczniów wybiera szkołę X, prezydent prosi do siebie dyrektora i mówi - tu jest w kopercie 50 tys. zł nagrody za to, że pan jest dobrym dyrektorem. W drugiej kopercie jest 200 tys., niech pan się podzieli z nauczycielami...

Maciej Kozłowski - Kopert nie ma i nie wyobrażam sobie, aby były. System okołooświatowy jest skostniały, potworny, od ustawy po Kartę Nauczyciela, która wiąże ręce dyrektorom. Bardzo trudno w publicznej szkole przeprowadzić rzeczywistą selekcję nauczycieli bez konsekwencji prawnych dla dyrektora czy dla organu prowadzącego. Zdecydowanie łatwiej o zmianę w szkołach prowadzonych przez osoby fizyczne, choć i w nich pracują nauczyciele chronieni Kartą.

Lilianna Witczuk-Kamieniarz - Karta Nauczyciela utrudnia prowadzenie polityki kadrowej według naszych wyobrażeń, ale mamy możliwość „grania" dodatkami. Dla nauczyciela każde 100 zł jest ważną pozycją w budżecie. Chciałabym teraz odnieść się do problemu instytucji „żyjących z oświaty", niekoniecznie coś tej oświacie przynosząc. Myślę o wydatkach, jakie szkoła ponosi za testy sprawdzające klasy szóste, które właściwie nic nie dają, bo opisują wiedzę dzieci, których za moment już nie będzie w szkole. Pan prezydent wie, że wydajemy na to ogromne pieniądze, nie mówiąc już nic o obostrzeniach, o procedurach nas obowiązujących. Czy nam są potrzebne programy, których nikt nie realizuje, bo są nie do przyjęcia?

Agnieszka Stawiarska - Podręczniki są zmienianie co roku, to wielkie koszty...

Lilianna Witczuk-Kamieniarz - ...nie ma natomiast pieniędzy na zajęcia pozalekcyjne, bo przymusowo wydajemy na zbędne rzeczy.

Roman Łuczkiewicz - Chcę zaprotestować przeciwko używaniu określeń „dobra" i „słaba" szkoła. To nie takie proste, który nauczyciel jest lepszy, ten z „olimpijczykami" czy ten codziennie pracujący z uczniem słabym, zaniedbanym rodzinnie i środowiskowo? Podobnie jest ze szkołami.

Ewa Habich - Jeśli sądzicie, że wyścig szczurów się skończył, to się mylicie. Rodzice tak nas będą oceniać, jak napiszą o nas dziennikarze. Dziś nie ma żadnych dobrych sposobów oceny szkoły, dlatego zgadzam się z tezą, że nie można szkoły oceniać poprzez pryzmat prasowych rankingów.

Uczestnicy debaty

Stefan Bulanda - Błędy popełnione w oświacie mszczą się po kilku i kilkunastu latach.

Ewa Habich - Niedaleko nas jest gimnazjum, gdzie było coraz mniej uczniów. A może należało tę szkołę przekazać osobie fizycznej, skoro nauczyciele widzieli dla niej szansę przetrwania. Może tak właśnie trzeba postępować z placówkami zbyt obciążającymi miejski budżet, przekazywać osobom fizycznym. Może to wyzwoli kreatywność grona pedagogicznego i pozwoli zracjonalizować chorą strukturę.

Maciej Kozłowski - Nie przypominam sobie, by w przypadku tej szkoły wpłynęła taka oferta do Urzędu Miasta. Palcówki, które miasto przekazało osobom fizycznym, zostały przekazane na specyficznych warunkach, ale to nie temat dzisiejszej debaty. Nad zmianami w Urzędzie Miasta myślimy, ale nie ma w tej chwili przymiarek do oddania kolejnych szkół na zasadach podobnych do tych, które kilka lat temu ustalono.

Edward Mincer - W tej chwili Związek Nauczycielstwa Polskiego prowadzi wielką akcję przeciwko przekazywaniu szkół różnym fundacjom, stowarzyszeniom, co o tym myślicie?

Maciej Kozłowski - Przekazanie szkoły osobie fizycznej to zmniejszenie ilości etatów w szkole. Dyrektor, zatrudniając nowych pracowników, ustala im pensum najczęściej między 20-25 godzin tygodniowo. Tym samym zabraknie pracy dla następnych osób. ZNP walczy o zatrudnienie, ale wolałbym, aby wszystkie związki nauczycielskie wypowiedziały się na ten drażliwy temat.

Edward Mincer - A Ewa Habich wzięłaby swoją szkołę w takiej formule?

Ewa Habich - Jako osoba fizyczna, oczywiście. Wolałabym jednak, aby w mieście powstał jednorodny system przekazywania szkół. Niektórzy przejmowali szkoły za poprzedniej kadencji miejskiej władzy i teraz mają problemy z powodu odmienności obecnie preferowanych zasad.

Pan prezydent mówi, że na razie nie myśli o stworzeniu jednorodnego modelu przejmowania szkół, a szkoda, bo choć nie da się obniżyć wydatków, to trzeba zważać, by nie były coraz wyższe. Dziś popularne jest słowo „mobbing". Wystarczy parę razy zwrócić nauczycielowi uwagę, żeby ten od razu poszedł do psychiatry lub psychologa i przyniósł zwolnienie. Nie da się poprawić jakości pracy nauczycieli bez możliwości wyboru najlepszych.

Aleksandra Mrozek - Po 14 latach dyrektorowania w szkole publicznej doszłam do wniosku, że decyduję o niewielu sprawach, a ponoszę odpowiedzialność za wszystko. I jestem ograniczana ze wszystkich stron, bo w szkole publicznej ze względu na ograniczenia finansowe nie da się do końca zrealizować oferty programowej. Dlatego podjęłam decyzję o przejęciu szkoły jako osoba fizyczna i nie żałuję. Myślę, że dopiero teraz będę miała większą możliwość zrealizowania własnej wizji szkoły, którą tworzę.

Lilianna Witczuk-Kamieniarz - Wybór mojej osoby do prowadzenia szkoły w nowej formule został przygotowany w następujący sposób - musiałam się sporo napocić i nadreptać, bo propozycję złożono wielu osobom. Projekt porozumienia był analizowany przez prawników Urzędu Miasta. Dziś mam do tych porozumień wiele pretensji, ponieważ są tam zapisy, które są niekorzystne i dla Urzędu, i dla mnie, jako osoby prowadzącej szkołę. Ale przecież w każdej chwili można napisać poprawki, aneksy, wszystko jest możliwe. Tylko musi być wola zmian.

Ewa Habich - Warto pracować nad rzetelnymi kryteriami oceny szkoły. Będę się tego domagać, bo mam już dość oceniania mojej szkoły tylko z punktu widzenia osiągnięć olimpijskich. I chciałabym, żeby kryteria oceny były jasne. Po drugie, warto pochylić się nad przyszłością małych gimnazjów, aby uczyło się w nich nie po 700, ale po 300 uczniów.

Aleksandra Mrozek - Warto zabiegać o różnorodność podmiotów prowadzących szkoły na zielonogórskim rynku, aby zapanowała pomiędzy nimi dobrze pojęta konkurencja.

Marek Kamiński - Wyniki egzaminów zewnętrznych wskazują, że Zielona Góra ma szansę stać się centrum edukacyjnym dla południowej części województwa. W tym kierunku trzeba iść dalej, aby przygotować atrakcyjną ofertę organizacyjną i edukacyjną. Na razie po cichu mówi się o możliwościach przekazywania szkół osobom fizycznym, trzeba zacząć mówić o tym głośno i proponować dobre rozwiązania. I jeśli znajdą się chętni, trzeba im szkoły przekazywać.

Lilianna Witczuk-Kamieniarz - Od dawna wiadomo, że wiedza jest towarem. Więc kto ją poda szerzej i głębiej, ten będzie miał więcej uczniów. Stąd wniosek, że rynek sam będzie eliminował placówki, które nie staną na wysokości zadania. Dlatego powinniśmy zgodzić się na przekazywanie szkół publicznych osobom fizycznym, pozwolić na prowadzenie szkół przez stowarzyszenia i towarzystwa, może z tego wykluje się nowa jakość.

Stefan Bulanda - Do oświaty trafiają naprawdę spore pieniądze, ale trzeba je mądrzej wykorzystywać. Namawiał będę dyrektorów do tego, by zaczęli bojkotować wszystkie pozalekcyjne zajęcia, które są do południa, abyśmy wreszcie za te same pieniądze dali uczniom to, co się im należy.

Maciej Kozłowski - Powinniśmy przynajmniej spróbować stać się pełnoprawnym centrum edukacyjnym w południowej części naszego województwa. Mamy wszystkie ku temu atuty. Marzy mi się, aby konkurencyjność placówek oświatowych była większa, ale mam wątpliwości co do samego sposobu przekazywania palcówek osobom fizycznym i musielibyśmy wspólnie wypracować jakiś nowy model.

Dziś rodzi się następujące pytanie - dlaczego tylko dyrektorzy mają mieć szansę prowadzenia szkoły, jako osoby fizyczne, a nie nauczyciele pracujący w tych szkołach. Jestem zwolennikiem małych szkół, ale musimy sobie zdawać sprawę z realiów bazowych. Jeśli jakiś budynek został zaplanowany na 800 uczniów, a ma być w nim tylko 300, to czegoś brakuje w tej układance.

Edward Mincer - A mi się marzy, żeby od racjonalnych słów przejść do racjonalnych czynów. Uczestniczyłem w różnych dyskusjach, jeszcze za czasów poprzedniej ekipy, kiedy bardzo mądrze o oświacie mówiono. Ale jak przyszło do realizacji, to się okazało, że nie można nic zrobić, bo rada, bo rodzice, bo nauczyciele, bo wybory.

Maciej Kozłowski - Wypracowano przed kilkoma laty bardzo dobry i ważny dokument - „Raport o stanie oświaty w Zielonej Górze". Ten dokument nigdy nie ujrzał światła dziennego i nie stał się zaczynem zmian. Dlaczego? Bo policzono koszty, w tym polityczne, i odłożono dokument do szafy. Tymczasem 50% ustaleń sprzed 5 lat wciąż zachowało aktualność. Mamy od czego zacząć. Jestem pewien, że w najbliższych latach będziemy musieli wskazać kierunki zmian w zielonogórskiej oświacie, nie uciekniemy przed tym.

Lilianna Witczuk-Kamieniarz - Panie prezydencie, może już dość dyskusji, usiądźmy i zacznijmy działać, zanim przyjdzie kolejna ekipa... Zielona Góra powinna zrobić wszystko, by odzyskać dawną dobrą opinię, jaką miała wówczas, gdy była w krajowej czołówce. A teraz jakby piorun trzasnął i wylądowaliśmy na dnie rankingów.

Agnieszka Stawiarska - Czy zajmie się pan opracowaniem warunków przejmowania szkół, bo tu inicjatywa leży po stronie miasta? Czy Urząd opracuje kryteria oceny i system premiowania szkół, które zajmują czołowe miejsca?

Maciej Kozłowski - Najłatwiej odpowiedzieć na pytanie ostatnie, czyli rozważyć przygotowanie propozycji premiowania szkół najlepszych, tylko najpierw trzeba ustalić - co to znaczy, że szkoła jest najlepsza. Zdaję sobie sprawę, że wkładamy kij w mrowisko. Jest to coś bardzo trudnego do przygotowania i wdrożenia.

Agnieszka Stawiarska - Dziś każdy jest oceniany, w każdym miejscu pracy.

Maciej Kozłowski - Ocenę jakości pracy szkoły przeprowadza kurator oświaty, jest obszerny raport, bazuje na liczbach, wskaźnikach. Ten raport niewiele później daje. W szablonie opracowanym osiem lat temu jest niewiele miejsca na indywidualny obraz szkoły. A wracając do pani pierwszego pytania - trzeba pozwolić wszystkim chętnym na przygotowanie propozycji przejęcia szkoły na okres 3-5 lat.


Wybór i opracowanie: Piotr Maksymczak
Foto: Katarzyna Maksymczak
Wypowiedzi nieautoryzowane
{moscomment}
 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci