Ciemne światło wspomnień Drukuj Email
Redaktor: Waldemar Mystkowski   

Moja rodzina nie doświadczyła wysiedlenia, ale miała okazję obserwować akt wygnania ludności niemieckiej. Jeszcze jako uczennica, przecież wiele lat po tym wszystkim, słyszałam na ulicy język niemiecki. Babimost był długo dwujęzyczny.

Waldemar Mystkowski: - Napisała pani książkę "Wysiedlenie ludności niemieckiej z Polski w latach 1945-1949". Zanim o niej coś powiemy, kilka słów może o pani, bo takie tematy, jeżeli rodzą się w nas, muszą nam być nieobojętne.

Dr. hab. Bernadetta Nitschke, dyrektor Instytutu Politologii Uniwersytetu Zielonogórskiego: — Biografia ogranicza nam wolność wyboru, determinuje. Pod tym mogłabym się chyba podpisać. Tematy są pochodną miejsca pochodzenia, a ja pochodzę z Babimostu, z miejscowości, której losy do 1945 roku toczyły się różnie, wszak należała do państwa niemieckiego. Pochodzę z rodziny autochtoniczej. Sam termin autochton w czasach komunizmu został wystarczająco zohydzony, ale tego się nie wstydzę i dzisiaj coraz bardziej rozumiem, jak dla mnie ważne są korzenie, którymi wrastam w tę ziemię. Moja rodzina nie doświadczyła wysiedlenia, ale miała okazję obserwować akt wygnania ludności niemieckiej. Jeszcze jako uczennica, przecież wiele lat po tym wszystkim, słyszałam na ulicy język niemiecki. Babimost był długo dwujęzyczny.

Jak pani odbierała tę rozbieżność opinii ulicy i oficjalnej polityki? Czy w pani domu ten temat był poruszany?

Moja rodzina wybrała polską opcję. Zawsze miałam wrażenie, że co do tego nie było żadnych wątpliwości. W domu na ten temat jednak nic się nie mówiło, a w szkole panowała propaganda z oficjalnym stemplem, że państwo polskie wróciło na ziemie piastowskie. Więc moja refleksja w latach wczesnej młodości była dość uboga. Dopiero na studiach zaczęłam się głębiej zastanawiać nad tym tematem. Ale niestety nie mogłam sięgnąć po jakieś wskazówki w rodzinie. Dziadek, który mógłby mi więcej powiedzieć, już nie żył, a ojciec wojnę przebył jako dziecko. Mówił, że w szkole wyzywano go od Niemców. Na studiach czułam, że to jest temat dziewiczy, nie zajęłam się nim jednak ani w pracy magisterskiej, ani doktorskiej. Jednak przy tej ostatniej, kiedy pisałam o Stronnictwie Narodowym i jego podejściu do mniejszości żydowskiej, wykluwał się powoli temat wysiedleń.

Martyrologia Niemców, a trudność jej akceptacji dla Polaków. Takie myślenie i pisanie o tamtym powojennym okresie to przecież odwrócenie obowiązujących wartości historycznych. Do 1989 r. w oficjalnym obiegu nie było żadnej porządnej książki opisującej wysiedlenie Niemców, jaka więc była bezpośrednia geneza zajęcia się tym trudnym i martyrologicznym tematem?

89 rok był cezurą, kiedy można było się zajmować bez cenzury tym tematem, ale środowisko naukowe nie od razu było na to gotowe. W 92 roku obroniłam pracę doktorską, a po niej zaczęła mnie wciągać problematyka wypędzenia narodu niemieckiego z naszych ziem zachodnich. Bezpośrednim impulsem była profesor Krystyna Kersten, która miała wykład w kościele w Nowej Soli. Tam spotkałam się z nią po raz pierwszy i to właśnie ona zachęciła mnie, że warto tym się zajmować, zwłaszcza, że pochodzę z takiej miejscowości i z takiego domu. Profesor zaprosiła mnie do Warszawy i w rezultacie od 1994 roku z impetem zajęłam się wysiedleniami. Lecz środowisko naukowe patrzyło na to krzywo, wielu mi odradzało.

Dla naukowca taki temat to pionierskie wyzwanie, ale przede wszystkim trudności, bo trzeba zdobyć materiały i je samodzielnie zinterpretować, często w sposób dla narodowej historiografii nieprzyjemny, a punktów odniesienia - prawie żadnych...

Najpierw zapoznałam się z naszymi, polskimi pracami i publikacjami z lat 60. i 70. Niewiele one wnosiły, były słuszne podówczas politycznie, oczywiście, w cudzysłowie. Ale musiałam zapoznać się z nimi dla uczciwości naukowej. Dopiero wówczas wzięłam się za dokumenty. Zrobiłam kwerendę we wszystkich archiwach na ziemiach zachodnich, a także w warszawskich. Nie tylko interesowały mnie placówki państwowe, ale i archiwa kościelne. Niestety, hierarchia kościelna nie zrozumiała moich zamiarów, udostępniono mi tylko archiwum kościelne w Katowicach. I tak zebrałam bardzo dużo materiałów. Lecz dokumenty archiwalne swoją drogą, ale co czuli ludzie? To mnie interesowało, jak wypędzenia widzieli i co odczuwali Polacy. Ukazywały się zbiory wspomnień tego dotyczące, wydawał je Instytut Zachodni w Poznaniu, jednak to nie było to. Chroniły, by tak rzec, jedną stronę, wiadomo jaką - polską. Dotarłam do nie opublikowanych wspomnień. A te rzucały światło często inne, bo ciemne światło.

To nasza strona, polska strona, która jest winna wypędzenia, a przecież jest i ta druga, niemiecka - ofiara.

Na pracę w archiwach niemieckich dostałam stypendium. Tam tych placówek, szczególnie w Niemczech zachodnich, jest bez liku, musiałam dokonać jakiejś selekcji. Prowadziłam dokładną kwerendę w Koblencji, Freiburgu, Bayreuth, Monachium i w samym Berlinie. Niemcy zgromadzili naprawdę bardzo dużo różnych materiałów, wspomnień, dokumentów. W sumie zajęło mi to aż pięć lat.

Problematyka wypędzeń niemieckich to temat pani habilitacji, która następnie ukazała się w formie publikacji zwartej w roku 1999. Miała zresztą u nas do tej pory dwa wydania. Książkę pani przeczytałem z wypiekami na twarzy, z różnych zresztą powodów. Raz, że doszło do takich sytuacji historycznej w naszym skrawku świata, a dwa - z powodu zachowania Polaków. To taka moja krótka recenzja. Jak została przyjęta?

Och, wachlarz komentarzy był różny, pełne spektrum, od bardzo pozytywnych, że dobrze, iż wreszcie ktoś tym się zajął i opisał, do negatywnych, po co rozdrapywać rany po obu zresztą stronach. A ta zgorzel wypędzeń między narodami polskim i niemieckim przecież cały czas ropieje. Szczególne zainteresowanie książka ta wzbudziła wśród studentów i zwykłych ludzi, spotykając się z zainteresowaniem i pozytywnymi ocenami.

Pod koniec ubiegłego roku książka ukazała się w języku niemieckim w jednym z berlińskich wydawnictw. Wreszcie tamta strona może poznać nasze - w tym wypadku - stanowisko nauki. Jak pani ocenia dotychczasową reakcję strony niemieckiej?

Publikacja ukazała się niedawno, nie zdążyła jeszcze w Niemczech tak naprawdę zaistnieć. Obawiałam się i w dalszym ciągu obawiam jej przyjęcia. Do tej pory praktycznie odbyła się tylko promocja w prasie i jedno spotkanie autorskie w Berlinie w placówce PAN. Ale czy takie spotkanie oddaje nastroje całego społeczeństwa, przecież na nie przyszli w przeważającej części ludzie ze środowiska naukowego, dziennikarskiego, którzy do problemu wysiedlenia narodu niemieckiego mają stosunek zupełnie inny, niż ziomkostwa. Nie było w każdym razie jakichś ataków i napaści. Odczucia mam pozytywne, obawiałam się nienawiści.

Ukazały się w prasie już pierwsze recenzje, ich ton jest różny...

Tak, od bardzo pozytywnych po negatywne. Te ostatnie oceny tyczą środowiska wypędzonych. Zupełnie inaczej widzą ten problem i nie ma czemu się dziwić, przeżyli wysiedlenie na własnej skórze i ten kawałek historii jest dla nich osobistym dramatem, patrzą na to nader subiektywnie. Ale na przykład byłam zaskoczona recenzją, jaka ukazała się w Bawarii, w prasie środowiska wypędzonych z Czech. Moją książkę ocenili wysoko i pozytywnie, pojawił się postulat, żeby podobna publikacja ukazała ich gehennę, o czeskich wypędzonych.

Jakie najczęściej formułowane są zarzuty pod adresem pani książki?

Przede wszystkim kwestia terminologiczna. Użyłam już w tytule terminu wysiedlenia, a krytycy chcieliby, żeby to był termin pejoratywny - wypędzenie. Jeszcze gorzej wygląda to w kwestii odpowiedzialności, a w niej nie ma stanowisk pośrednich, jest tylko białe i czarne. Całą odpowiedzialność cedują na stronę polską. Czytając jednak wspomnienia wypędzonych, niejednokrotnie dowiadywałam się, że Polacy pomagali wysiedlanym w trudnych dla nich sytuacjach, nie wszyscy chcieli odwetu na ludności cywilnej. Myślę, że na spotkaniach autorskich, które jeszcze się odbędą, będę miała szansę przekonywać do tego, jak rzeczywiście było, a nie tylko zmagać się z kompleksem ofiary. Lecz moja książka to praca naukowa, ten sztafaż aparatu badawczego jest często przeszkodą dla zwykłych ludzi. Sądzę, że przydałaby się książka opowiadająca ten temat ze strony Polaków napisana bez balastu uczoności.

Przejdźmy do kwestii stricte politycznych. Erica Steinbach, postać w polityce niemieckiej ostatnio szczególna, jest wielką orędowniczką powstania Muzeum Wypędzeń w Berlinie, jak pani jako historyk i politolog ocenia jej poglądy i stanowisko?

Nie mam wątpliwości, że pomysł z takim muzeum to kwestia polityczna. Zresztą debata na ten temat cieszy się dużo większym zainteresowań po naszej stronie niż w Niemczech, tam jest rzeczywiście mizerna. Osobiście do tego pomysłu odnoszę się z wielkim dystansem. Jak stworzy się tego rodzaju muzeum, a w nim wizerunek wydarzeń, takim przejdzie do pamięci następnych pokoleń. To działa jak stempel. Bo w pojęciu tego rodzaju polityków niemieckich za gehennę niemieckiej ludności cywilnej odpowiedzialni byli Polacy, Niemcy kreowani są na skrzywdzonych. Rozwiązanie tej kwestii jest moim zdaniem dużo prostsze, po prostu w istniejących muzeach regionalnych można byłoby wypędzenia wyeksponować. Po co budować, bo to byłoby budowaniem problemu, na który spojrzenia dwóch nacji są tak różne.

Ale nasza strona zaproponowała, że takie muzeum mogłoby powstać we Wrocławiu. Nie tylko zajęli się tym publicyści polityczni, ale i sami politycy.

Każda debata ma sens. Lecz niepotrzebnie nasi politycy nadali temu rozgłos. Po stronie niemieckiej dyskusja i chęć zbudowania jeszcze jednego pomnika była taka sobie. A u nas często histerycznie wypowiadali się ludzie, którzy bardzo często nie mieli żadnego pojęcia na ten bolesny temat, krótko mówiąc - byli niekompetentni. Swoją drogą, znam determinację niemiecką i sądzę, że takie muzeum w Berlinie powstanie.

Jak powinien wyglądać dialog idealny wokół różnych historycznych ocen i czy temat wypędzeń ma jeszcze szansę?

Wydaje mi się, że coś takiego już powstaje. W Euroregionie Nysa organizowana jest konferencja, podczas której naukowcy z trzech państw, a więc Polski, Czech i Niemiec dokonają porównań jak przebiegały te procesy na terenie dzisiejszej Polski i Czech. Inicjatorką pomysłu jest wypędzona z przygranicznego czeskiego miasteczka. Taka komparatystyka stwarza większe szanse na dogadanie się antagonistycznych stron. Po stronie niemieckiej zrozumienie tych procesów historycznych i politycznych jeszcze w tej chwili jest w zdecydowanej mniejszości, ale jest. W każdym razie dokonują przewartościowań psychologicznych. Nasze ziemie zachodnie nie tylko dla nich są krajem rodzinnym, ale także dla pokoleń Polaków tutaj po wojnie urodzonych. W sukurs też powinny w tym przyjść nauki pomocnicze, socjologia i psychologia, bo rany są tylko powierzchownie zagojone.

A może tym problemem powinni zająć się politycy?

Politycy nie zawsze powinni się wypowiadać. Zwłaszcza po naszym wejściu do Unii Europejskiej, kiedy to kontakty między ludnością się nasilą. Zwykli ludzie w kwestii bolesnych ran historycznych są o wiele mądrzejsi, niż ich przedstawiciele.

Dziękuję.

 
Debaty o przyszłoœci
Debaty o przyszłoœci